30.08.2011

Karlskrona Bike Maraton

W piątek (26.08) wyruszyliśmy na podbój Szwecji. Nie sami. Z Łodzi było nas dwóch: Jurek i ja. Około siedemnastej dotarliśmy do Gdyni i z estakady Kwiatkowskiego dostrzegliśmy czerwony komin cumującego przy przystani promowej olbrzyma. Na dole, przy kasach kłębił się tłum ponad stu siedemdziesięciu podobnych nam, rządnych przygody ludzi. Ludzi, których charakterystyczną cechą był trzymany czy to w prawej, czy w lewej ręce, górski czy też szosowy a u niektórych miejski: rower. O dziewiętnastej byliśmy już w brzuchu Stena Vision, rowerki zaparkowały grzecznie przy burtach a my udaliśmy się do kabin. Po rozlokowaniu się, a przed kolacją w promieniach zachodzącego słońca dało się odczuć lekkie drżenie i stalowy, jedenastopiętrowy prom odbił od nabrzeża i klucząc po portowym basenie wymsknął się na wody Zatoki Gdańskiej. Rozdawanie numerów i w przypadku pierwszej setki zgłoszonych, koszulek poprzedziło „pasta party”, które w przypadku promowej restauracji nie ograniczyło się tylko do makaronu. W nocy, jeszcze przed snem spacerowałem po pokładzie, robiłem zdjęcia. W oddali majaczyło oddalające się polskie wybrzeże. Po pewnym czasie zostały po nim tylko błyski latarni morskich lecz i one zniknęły w ciemnościach.

Rano obudził nas budzik. Kabina pozbawiona okna nie pozwalała nam się zorientować czy już jest słońce, czy może jeszcze nie. Prysznic zmiótł resztki snu a wizyta w położonej dwa piętra wyżej restauracji optymistycznie nastawiała do nadchodzącego dnia. Czerwono-pomarańczowa piłka właśnie wyskakiwała z wody oznajmiając nam, że wstaje piękny dzień. Nasze bagaże wylądowały w busach a kolumna kolarzy przemieściła się sprawnie na przedmieścia Karlskrony. Tu właśnie przygotowywaliśmy się do startu. Ruszyłem w pierwszej grupie na 190-cio kilometrowy etap (Jurek startował na krótszym dystansie). Już po dwóch czy trzech kilometrach przypomniała mi się piosenka Elektrycznych Gitar: „I co ja robię tu?”. Kilku starych, maratonowych wyjadaczy narzuciło tempo, które wytrzymywały moje płuca, ale nie ścięgna. Piotrek, zwolnij – krzyczał rozum, jedź, jedź – odpowiadało serce. W końcu po dwudziestu kilku kilometrach ten pierwszy zwyciężył. Zwolniłem i jechałem od tej pory swoim tempem. Po pierwszym bufecie (były tego dnia cztery) zagłębiłem się w dobrze znany z przed czterech lat, szwedzki krajobraz. Lasy, lasy, lasy, jeziorka, i znów lasy czasem poprzetykane polami, rude domki i wspaniałe, puste i równe drogi. Od czasu do czasu pojawiały się pojedyncze samochody, czasem mijały się a gdy gdzieś nadjeżdżał trzeci, to był już tłok. Udawało mi się zrobić trochę zdjęć z jazdy. Zaobserwowałem ten sam trend, co w całej Europie. Masę opuszczonych domów na wsiach i wiele tablic „Na sprzedaż”. Gdzieniegdzie mijałem wielkie gospodarstwa, które zastąpiły dawne rozdrobnione rolnictwo. Ludzie z uwagi na pracę, to raz, a dwa z wygody przenieśli się do większych ośrodków. Szwedzi pomagali organizatorom naszego maratonu w organizacji bufetów. W jednej z wsi na naszą cześć zapalono latarnie, samochody, nawet gdy my zbliżaliśmy się do znaku stop zatrzymywały się by przepuścić rowery. Były momenty, że ponownie jechałem w grupce, lecz od 160-go kilometra do mety jechałem sam (ale nie ostatni). Do Kalmar-u wjechałem po niespełna siedmiu godzinach jazdy wliczając w ten czas posiłki, czyli jak na moje możliwości chyba całkiem nieźle. Po zakwaterowaniu w hotelu i kąpieli już na pieszo udaliśmy się do centrum miasta na „pasta, a właściwie rice party”. Po jedzonku i szwedzkim piwku, czyli napoju o smaku piwa i mocy mleka ruszyliśmy zwiedzać miasto. Zwiedzać i focić, bowiem tego dnia odbywał się wyjątkowo duży najazd na miasto starych, amerykańskich krążowników szos, o których pisałem w książce „Nordkapp. Kolarska Mekka”. W nocy była burza. Podobno przyszła około trzeciej. Piszę podobno, gdyż rano ze zdziwieniem odkryliśmy resztki deszczu na hotelowym oknie. Tak więc nie obijaliśmy się na trasie. Ciężki sen zwalił nas z nóg. Jak to dobrze, że ktoś (Szwedzi?) wymyślili „szwedzki stół”. Dzięki temu kolarskie żołądki zapełniły się pieczywem, serami, salami, pasztetami i czym tam jeszcze szwedzka i nie tylko ziemia dała. Andrzej (boss i dobry duch tej imprezy) przełożył start o dziesięć minut. W tym czasie z niewielkiej chmury spadł wcale nie mały deszcz. O 10.10 ruszyła moja grupa. I znów można było poczuć prawie swąd „palonych gum”. Już na drugim, trzecim kilometrze zaczęła od zasadniczej grupy oddalać się czołówka. Tym razem „zdechłem” na piętnastym kilometrze. Zresztą tego dnia bardzo silny wiatr wiejący z reguły prosto w twarz poszatkował grupy na mniejsze grupki, czy tez tak jak w moim przypadku pojedyncze osoby. Po posiłku w Torsas (parking był udekorowany w niebiesko-zółte balony a na maszcie wisiała polska i szwedzka flaga) dłuższa (moja) 130-to kilometrowa trasa skręcała w głąb lądu. Wiatr uspokoił się a niewielkie wzniesienia pozwalały w miarę sprawnie przemieszczać się. Właśnie wzniesienia. W sumie na obu trasach, które jechałem były niewielkie zmarszczki. O ile wierzyć temu co pokazywał mój zegarek najwyższe miejsce mierzyło sobie około 200 metrów n.p.m. czyli niewiele. Po powrocie na wspólny odcinek obu tras, w ostatnim bufecie, spotykałem wiele naprawdę zmęczonych osób. Na metę (pomiar czasu był na przedmieściach Karlskrony, meta w Wamoparken) dojechałem kilka minut przed czwartą, ostatnie osoby dojeżdżały przed siódmą (tuz po niej jechaliśmy kolumną na prom). Tak więc wiatr potrafił rozmiękczyć spore grono bikerów. Na samej mecie czekały na nas medale, masaż (to na m) oraz pasta i piwo. I to piwo normalne, polskie, pieczołowicie wiezione na tą chwilę przez ekipę techniczną. Rejs powrotny rozpoczął się z pewnym opóźnieniem, tak więc kolacje jedliśmy jeszcze w porcie. Prom, tym razem Stena Vision odcumował od kei dobrze po dziewiątej. Rano na pokładzie odebraliśmy dyplomy z naszymi oficjalnymi czasami. Na zakończenie przyznam Wam, że była to najlepiej zorganizowana impreza, w której udało mi się uczestniczyć a około dwudziestoosobowa ekipa dwoiła się i troiła by zrobić nam dobrze. Andrzeju, szacun wielki dla Ciebie i pozostałych organizatorów. Być może spotkamy się na następnej Waszej imprezie, na Żuławach?

Cicho! Coś się dzieje…

To, że dziś pojadę ponownie na wyspę Hayling wcale nie było do końca takie pewne. Zadecydował o tym, jak to często w życiu bywa, ciąg przypadkowych zdarzeń: zapomniałem nazwy wyspy podczas kręcenia filmiku, dwa razy widziałem ją kiedy skręcałem z ...

Tangmere wielu Polakom kojarzy się przede wszystkim z pokaźnymi szklarniami, w których pracowali, pracują lub będą pracować. Lecz w Tangmere była w latach 1918 - 70 baza lotnictwa wojskowego. Zadecydował o tym, jak często bywa przypadek. W listopadzie 1916 roku, ...

Już od kilkunastu dni, żółte tablice informowały kierowców, że w niedzielę 10 września od poranka do południa zamknięte dla ruchu będą niektóre ulice i nadmorska promenada w Portsmouth. Powód? Triathlon, który właśnie dziś przy jednocyfrowej temperaturze rozgrywany był w morzu, ...