13.05.2012

Łódź – Bergamo, maj 2012. Część IV Italia

Wychodzę z rowerem na wąski peron. Pociąg dalej nie jedzie. Na drodze stoi mu budynek stacji. Po drugiej stronie budynku podobnie zatrzymuje się pociąg z Włoch. Tu nie ma windy do tunelu jak na poznanych dziś dworcach. Jestem na wyspie. Z każdej strony otoczony kolejowymi torami. Teraz w nocy po dwóch torach przetaczają się towarowe pociągi. Pozostałe tory służą do formowania składów. Jedyne osobowe wagony z ludźmi to te, w których jadą kierowcy tirów. Ciężarówki śpią na wagonach – lorach. Niektóre pochrapują chłodniczymi agregatami. Znoszę mojego przyjaciela do tunelu, skręcam w prawo, wnoszę po schodach. Jesteśmy na wąskim peronie między towarowymi wagonami. Spacer do końca peronu i z powrotem. Cyk, cyk, cyk. Tylne koło rozmawia ze mną w swoim języku. Tak, ja też bym chciał stąd gdzieś iść. Cyk, cyk? Nie, nie wiem dokąd. Cyk, cyk, cyk, cyk! No dobrze, wracamy na stację. Znoszę mojego przyjaciela do tunelu… . okrążamy budynek stacji. Zaniedbanej, zapuszczonej. Przypomina mi nasze prowincjonalne dworce. W kilku oknach widać ludzi. Siedzą przed ekranami komputerów i budują z klocków wagonów nowe składy. Dla mnie, jedynego podróżnego, jedynej cywilnej osoby tej nocy są do dyspozycji trzy pomieszczenia.   Łazienki (mimo panującego tu ogólnie kolejowego brudu – czyściutkie), kasa biletowa z mini poczekalnią (automat) i bar (też automaty).  Z łazienki już skorzystałem, choć najchętniej wziąłbym prysznic bo śmierdzę po około 150 kilometrach jazdy więc idę do kasy. Na troszeczkę podniszczonym monitorze mam rozkład odjazdów do Austrii i Włoch. Pierwszy pociąg mam do Merano parę minut przed trzecią. Budzę uśpiony monitor. Wstukuję nazwę miasta. Pokazują się godziny odjazdu. Klikam w najbliższą. „Buy”. Ekran odpowiada „Not possible”, następna godzina – to samo i jeszcze raz i nic. To pociągi przeznaczone dla załogi stacji. Normalne „człowieki” nimi nie jeżdżą. Rozwożą i przywożą pracowników nocnej zmiany. Pierwszy cywilny pociąg odjeżdża stąd dopiero o 5.35 do Bolonii. O tej godzinie, mam nadzieję, że stąd wyjdę, będę już jechał rowerem. Pozostał zatem bar. Drzwi z jednej strony wyrwane z zawiasów ktoś przymocował taśmą. Po drugiej działają normalnie. Podłoga czysta, pomieszczenie choć dawno wymalowano na niebiesko. Naprzeciw siebie po trzy automaty: z kawą, napojami i przekąskami. Kaloryfer (jestem przecież na przełęczy dobrze ponad 1000 metrów) grzeje na całego. Pozostaje jedna wolna ściana.

Wypijam pierwsze tego dnia espresso (jest przecież już 1.00), zdejmuję jedną sakwę i siadam na niej opierając się o rower. Co chwilę przychodzą pracownicy stacji w kaskach i pomarańczowych kamizelkach na kawę.  Nawet nie mam jak zadzwonić, napisać esemesa. Bateria padła jeszcze w Innsbrucku. Szukam jakiegoś gniazdka, lecz dostęp do nich strzegą maszyny. Próbuję drzemać, Co to był za sen możecie się domyślać. Towarowe wagony przewalające się trzy metry od mojej głowy ciche nie są. Co jakiś czas przez megafon kogoś wzywają. O czwartej zajrzał patrol policji. Wszystko w porządku? Tak czekam na dzień. Wypijamy kolejne espresso. O piątej znoszę mojego przyjaciela i tym razem skręcamy tunelem w lewo. Przez chwilę na torach nie było ani jednego pociągu i zobaczyłem kolejny budynek dworcowy. Tu nie dzieje się nic. Wszystko pozamykane. Przed budynkiem śpią kawiarniane ogródki. Krzesła oparte czołami o stoliki odpoczywają po ciężkim (chyba) dniu. Przede mną dworcowy plac, jakiś hotel, uliczka pnąca się w górę. Stukam butami po pustych chodnikach. Mój przyjaciel wtóruje mi swoim cyk, cyk, cyk. Dochodzę do przecznicy. To chyba główna droga. Niebo powoli z czarnego staje się granatowe, później ciemno-niebieskie. Wyciągam rękawiczki. Obok drogi płynie wąski potok. Na wielkim betonowym placu śpi  kamper na francuskich numerach. Przerzucam nogę przez ramę. Jestem gotowy.

W blasku budzącego się dnia ruszam w dół. Po chwili dostrzegam znak „droga rowerowa” i szlak Brenner – Freienfeld. To dawny nasyp kolejowy do połowy wyasfaltowany, od połowy wysypany tłuczniem. Szerokie, kolejowe łuki prowadzą łagodnie w dół. Mam przed sobą ośnieżone szczyty, pokryte lasami zbocza, i doliny z soczysta trawą. Jadę krótkimi tunelami, galeriami, mijam stare, rozsypujące się budki dróżników. W jednej z galerii, tuż na jej końcu widzę na asfalcie wielkie kamienie. Gdy je mijam poruszają się. Ktoś w starym domku tuż przy „torze”  hoduje kury i króliki. Te drugie, czarne widocznie znalazły drogę na wolność. Czasem rezygnuję ze szlaku i jadę drogą biegnącą dnem doliny w kierunku Bressanone a później Bolzano. Obok płynie wspomniany już potok, który zdążył podrosnąć i stał się górską rzeką. Mijam górskie osady, miasteczka, wsie. Nad głową cały czas mam zawieszoną na wysokich filarach autostradę. Kiedyś jechałem nią samochodem. Wtedy kątem oka oglądałem z góry to co teraz mam na wyciągnięcie ręki. Bar. Kolejne espresso i prośba. Czy mogę podładować telefon?

Tak kochanie, wszystko w porządku. No pewnie, że mam się dobrze tylko jestem niewyspany. Oczywiście, będę uważał na siebie. Ja tez Cię bardzo kocham! Pa, pa! „Brenner slept in? Bravo!” Vincenzo jeszcze nie wie, że musiałem podjechać pociągiem. Gdzieś niedaleko musi być jakaś większa kolarska impreza. Na trasie masę strzałek, bufetów i tego co najważniejsze – kolarzy. Niewielkich grupek jeżdżących w górę i w dół. Gdzieś nie pamiętam już gdzie, ktoś mnie opieprza, że nie jadę droga rowerową. Ok, pojadę. Zjeżdżam w lewo. Asfaltowa, wąska ścieżka kończy się… jarmarkiem. Nie pamiętam co to było za miasto ale warto było się przejść między straganami i tymi z chińszczyzna i tymi z regionalnym: szpekiem, serami, pieczywem. Dalej były stoiska pamiątek z Tyrolu i starociami. Mydło i powidło. A wokół tego kręcili się ludzie. Starsi mężczyźni obowiązkowo w marynarkach z kościanymi guzikami i kapeluszach z piórkiem, niektóre kobiety w ludowych strojach. Przede mną Bolzano lub jak to mówi niemieckojęzyczna część mieszkańców – Bozen.

Zjeździłem już kawałek Europy, ale wierzcie mi, takiej ilości ludzi poruszających się na rowerach (Holandii nie liczę) jeszcze nie widziałem. Całe centrum opanowane jest przez rowery i pieszych. Na przedmieściach robię sobie niewielką przerwę na posiłek. Po raz pierwszy jem roladę serową w takim zestawieniu: plastry gorgonzoli przekładane były mascarpone. O jakie to było dobre! Wchłaniam ser zagryzając niewielkimi bułeczkami. Po cichu knuję plan. Pierwotnie miałem jechać przez wyższe przełęcze lecz upały i wiatr w Czechach opóźniły mnie o cały dzień jazdy, więc może teraz. Skoro na Brennero dotarłem pociągiem to wypadałoby  troszkę się spocić  przykładowo na… Passo di Mendola? Szybko odnajduje właściwą drogę. Po kilku kilometrach jazdy po w miarę płaskim terenie drogowskaz wskazuje na prawo. Tuż po skręcie zaczynają się  pierwsze agrafki. A dalej jest tylko wyżej i wyżej. I co mnie podkusiło, człowieka z nizin, gdzie (prócz Wzniesień Łódzkich) nie ma w promieniu chyba stu a może więcej kilometrów żadnych górek pchać się na 1363 metry nad poziom morza? Powiem Wam. To chęć sprawdzenia się. Czy jestem w stanie to zrobić (bo z Bolzano jest ok. 1000 metrów przewyższenia), czy pomimo bagażu podołam, czy mój organizm jest na tyle silny by wepchnąć się na przełęcz. I to nie siła mięśni jest najważniejsza lecz psychika. Wyprzedzali mnie wszyscy. Starzy i młodzi, kobiety i faceci, ludzie na mtb i szosówkach ale nie poddałem się. Później od Vincenzo dowiedziałem się, że jest to dość trudny podjazd a ja góralowi wierzę.  A widoki na dolinę, w której leży Bolzano wierzcie mi, są wspaniałe. Tak samo jak dojazd do brązowej tablicy z nazwa przełęczy. A co dalej? Dalej były zjazdy i zjazdy i jeszcze raz zjazdy. Początkowo lasami, później gdy lasy ustąpiły miejsca łąkom i polom po prawej stronie miałem wspaniały widok na górski łańcuch, którego szczyty miały niecałe trzy, albo trochę ponad trzy tysiące metrów. To Brenta część Dolomitów. Łagodnie zjechałem do Trento.

Marzyłem o prysznicu, chciało mi się spać i ogólnie czułem się mocno nieświeży. Camping, hotel wszystko jedno. W samym centrum na Piazza Duomo stoi dwugwiazdkowy hotel Venezia. Są pokoje? Są! Na jedną noc? Łazienka i ubikacja na korytarzu w pokoju okno wychodzi na podwórze, śniadanie o ósmej, rower najlepiej postawić w sąsiednim budynku tam gdzie będzie śniadanie. Tyle mniej więcej dowiedziałem się od recepcjonistki, która wspólnie z synem objaśniła mi co i jak. Poproszę paszport. Wyciągnąłem dowód. Panie, nie trzeba było tak od razu. To po co ja się po angielsku męczę. Mieszkam tu ponad trzydzieści lat ale polskiego jeszcze nie zapomniałam. Rower zamieszkał w sali telewizyjnej, ja na trzecim piętrze w jedynce z umywalką (i nocnikiem) i oknem, które faktycznie wychodziło na podwórze. Mikroskopijne. Gdybym dobrze się wychylił mógłbym zapukać do okna sąsiada. Prysznic i przepierka. To po pierwsze, po drugie idę na spacer. Czekam na zmierzch. Fotografuję. Wszystko to, co mam w okolicach placu katedralnego. Katedrę też.

Zawszę budzę budzik. Tym razem było odwrotnie. Natrętne pikanie zegarka wyrwało mnie z błogiego snu. Pakowanie, śniadanie. Można przyjść troszkę wcześniej. Bufet obsługuje ta sama Polka co wczoraj recepcję. Po znajomości dostaję dodatkowo dwa pączki z wczorajszego dnia. Wymyty, wyspany, syty wsiadam na rower. Plan miasta wyprowadza mnie wprost idealnie na wylot w kierunku jeziora Garda. W ciasnej dolinie mieści się i moja szosa i autostrada i tory kolejowe i rzeka. Wszędzie gdzie się da poupychano sady i winnice. Troszkę gubię się w okolicach Rovereto. Muszę się cofnąć kawałek na druga stronę autostrady lecz chwilę potem jestem na szlaku nad jezioro. Na rowerowej drodze duży ruch. Miejscowi brykają dla zdrowia, turyści dla przygody. Spotykam czterech Niemców. Jeden z nich mieszka w Sinseim (pisałem kiedyś o tej miejscowości z uwagi na znajdujące się tam muzeum lotnictwa). Chwilę rozmawiamy. Jadą wolniej. czekają na „najsłabsze ogniwo”. Powodzenia. Gubię szlak tuż przy niewielkiej miejscowości Nago. Kręcę się kilka minut (przy okazji zakupy) po wąskich uliczkach małego miasteczka. W końcu ruszam główna drogą. Nie na długo. Tuż za zakrętem zaczynał się długi zjazd lecz przed nim był punk widokowy. Stąd miałem widok na jezioro. W szmaragdowych wodach przeglądały się po obu stronach góry, w dole leżało miasteczko a samo jezioro stąd patrząc nie miało końca. Przypomniał mi się sms od Vince: Riva d. Garda, Brescia, ale na mapie tam są tunele. Spadam w dół, na rondzie wybieram Brescia, jadę ścieżką przy samym brzegu między palmami, plażami, marinami, campingami w kierunku czerwonej linii na mapie. Mijam ostatnie zabudowania. Szosa niknie w tunelu. Nie ma zakazu. Niknę i ja.

To jedna z najpiękniejszych dróg jakimi jechałem. Z 80 kilometrów, które miałem do pokonania 40 biegło wzdłuż brzegu jeziora. Z tego co najmniej połowa zanurzała się w tunelach, galeriach. Tunele czasem rozwidlały się, były lepiej lub gorzej oświetlone, niektóre tylko wykute w skale inne starannie obudowane. Aż trafiłem do jednego, znak informował o awarii oświetlenia. Faktycznie przez 1600 metrów jechałem pogrążony w całkowitej ciemności. Oświetlenie miałem gdzieś na dnie sakw ale zatrzymanie się w nim było by gorszą rzeczą niż jazda po omacku. Odblaski na sakwach oślepiają innych tak więc wiem, że jestem widoczny. Ja natomiast przemieniam się w nietoperza. Ktoś kto nadjeżdża z tyłu już z daleka robi przede mną lekki poblask, kto nadjeżdża z przeciwka, no cóż wiem, że jego światła powinienem mieć bardziej z lewej. Czy się bałem? Jak cholera, ale nie tego, że mnie rozjadą ale, że wpadnę w dziurę lub nie dosłyszę ściany z prawej strony i przywalę w nią. Było tam zimno ale nie czułem tego. Adrenalina robiła swoje. Napięcie puściło dopiero wtedy, gdy gdzieś z przodu zobaczyłem początkowo mały jak łepek od szpilki wylot z tunelu.

W końcu po lewej stronie nie było już jeziora, mijałem coraz gęstszą zabudowę, kilka razy musiałem zdobyć niewielką górkę. Później była Brescia. Odłupany kawałek parmezanu i bułka czyli posiłek w parku gdzie na sąsiedniej ławce dwie koleżanki (może) obrabiały tyłek trzeciej. Skąd o tym wiem? A zgadnijcie po jakiemu mówiły? Z Brescia znajomymi już dla mnie drogami przez Pallazzolo i Seriate dotarłem do Bergamo. Tu mogę się poruszać bez mapy. Jestem tu piąty czy szósty raz. Mój wewnętrzny gps kieruje mnie w kierunku Val Brembana. Mijam Alme. W dole płynie Brembo. Już tylko zakłady wapiennicze i na wzgórzu po drugiej stronie rzeki widzę Ubiale Clanezzo i znajomy dom. Macham (może zobaczą?).  Przez Sedrina jadę w kierunku plątaniny mostów. Przekraczam Brembo i zaczynam wspinaczkę. Ostatni odcinek ma 17% lecz dziś jakoś tego nie czuję. Piszę esemesa: Look out the window! Po chwili na balkonie pojawiają się Vince i Terri. Zdążyłem. Dziś (licznik zadziałał) pękło 190 km. Jestem tak jak obiecałem w piątek wieczorem. Jutro o 11.00 zaczyna się impreza.

Przez Waltham przejeżdżałem dwa tygodnie temu, jadąc do Stonehange. Zastanawiałem się wtedy czy nie zatrzymać się, lecz ostatecznie postanowiłem ruiny pałacu biskupów pozostawić na osobną wycieczkę. Jak potężne znaczenie mieli tutejsi średniowieczni biskupi? Dość powiedzieć, że pełna nazwa miejscowości to: ...

16.07.2017

Stonehange

Kręgi z epok: neolitu i brązu w Stonehange, dla których zrobiłem wczoraj blisko dwustu kilometrową wycieczkę, i w tym miejscu wiem, że dla wielu będę przeklęty, nie zachwyciły mnie. To znaczy nie do tego stopnia, by wydać na zatoczenie w ...

14.07.2017

Zamek Portchester

W naniesionej na papier plątaninie wielokolorowych dróg i autostrad o mało nie umknęła mi ikonka zamku Porchester. No dobrze, przyznam się, umknęła. Zauważyłem ją dopiero po wpisaniu w wyszukiwarkę "wujka G." hasła: atrakcje turystyczne w Portsmouth i okolicy. Początkowo chciałem ...