26.06.2012

Od niedzieli do niedzieli.

Poprzednią niedzielę spędziłem z Bartkiem. Tradycyjnie około 20 kilometrów przepedałowaliśmy razem. Tym razem trasa była lekka. Jechaliśmy po północnej stronie torów (częściowo zwiniętych) przez park 3 maja do ulicy Malowniczej. Pierwotnie założyłem, że dojedziemy aż do Wiśniowej Góry, na lody do znanej niektórym cukierni.  Po drodze dotarło do mnie, że gdy jechałem tędy ostatnio ze studentami pod cukiernią było około 20 kilometrów. A gdzie powrót? No właśnie. Cały czas jadąc z nim mierzę dystans miarą ludzi zdrowych.

Podobnie było w janinowskim lesie. Przy Malowniczej przenieśliśmy się na południową stronę torów, na ulicę Rokicińską. Na parkingu przy Selgrosie trwał piknik z mini (po sąsiedzku wybudowano nowy salon BMW i Rovera). Przez płot obserwowaliśmy chwilę poczynania kierowców z piłeczką tenisową, którą trzeba dowieźć na talerzu zamocowanym na masce, czy też na rolkach zamiast tylnych kół imitujących poślizgi. Droga w stronę centrum co prawda z kostki ale w miarę normalna doprowadza nas do Ronda Inwalidów. Dalej ktoś namalował rowerek na chodniku i zadowolony z właściwego wykorzystania szablonu poszedł do domu. My męczyliśmy się na nierównych płytach.

Tym razem Bartek pokazał mi ulicę między torami a Rokicińską. Ulicę, której dotąd nie znałem. Nigdy nie myślałem, że tam za zabudową przy samej jezdni istnieje jakieś życie. Wróciliśmy z powrotem przez park. Park, obok którego zwinęli tory. Niedługo pewnie na umarłym, kolejowym terenie zatętni życie zagłębiając się w ziemię w stronę powstającego podziemnego miasta. Nowego dworca Łódź Fabryczna

Samochód nam zachorował. Gdy wracaliśmy z długiego weekendu udało nam się dojechać do Włocławka. Dalej – „na noszach”. „Lekarze zdiagnozowali wtedy jakiś czujnik na wale i cewkę. Na fakturze ktoś napisał adnotację – „chory alternator”. Wymieniamy łożyska, jakąś rolkę. Silnik dalej hałasuje. Jest wyraźnie chory. Zostaje u następnego lekarza. Serducho do wymiany! Żyję w stresie. W piątek powinniśmy wyruszyć do Hiszpanii. Czy mechanicy – lekarze zdążą? Powoli kończą się kawałki papieru z podobiznami znanych Polaków.

Była jeszcze sobota. Sobota spędzona na wzniesieniach. Wyruszyliśmy w czwórkę z „kaloryfera”. Teoretycznie trasa prowadzi Wycieczkową do Okólnej lecz o wiele przyjemniej jedzie się szlakiem przez soczysto-zielony las. Nasza niewielka grupka jedzie równo. Gabrysia daje sobie świetnie radę na wzniesieniach ulicy Żółwiowej czy też na samym pagórku w Dobrej – Nowiny. Po prawej stronie do sterty eternitu ktoś dorzucił wnętrzności samochodu. Tempo mamy równe, nie robimy zbędnych przystanków – po prostu jedziemy! Dobieszków, Skoszewy, Głogowiec. Las Janinów i Poćwiardówka. Tu zatrzymujemy się na cmentarzu. Kamienne tablice powoli pokrywa coraz gęstszy mech. Coraz ciężej odczytać treść. Gefraiter? Krieger? Syberia, Pieńki Henrykowskie, „desant” przez Mrogę, foty. Górka w stronę Grzmiącej, zygzak przez las. Przerwa na „dawnych czasów czar” w sklepiku jest oranżada. Nieschłodzona, ciepława wręcz ciecz o landrynkowym smaku. Szkoda, że nie czerwona.

Buczek, Plichtów przy drodze do Nowosolnej żegnamy Andrzeja. Wracamy na szlak. Sad za Byszewami. Jesienią znów będzie kusił starymi odmianami owoców. Kalonka. Gabrysia jest zmęczona. Jeszcze tylko parę kilometrów. Nad Niemnem? Wjeżdżamy! Z najwyższego punktu w mieście obserwujemy okolicę. Pozostał łagodny zjazd do miasta. Przejechaliśmy w zależności do miejsca zamieszkania: 85 – 100 kilometrów. Tylko czy aż? I tak i tak.

Piwoteka Narodowa: ustalamy, że moja prezentacja odbędzie się 17 lipca. Czy ja będę potrafił mówić do mikrofonu? Z reguły moje ręce „mówią” razem ze mną. Mam jeszcze trochę czasu na przygotowanie nowszej wersji zdjęć. Przecież cały czas coś się dzieje…

Piszę i oglądam telewizję. Producent napoju (też go lubię) ma nowy spot. Idiotyczny. Dziewczyna zadaje pytanie: czego nie ma w ich soku a jest w owocach i w warzywach. Odpowiedź brzmi: pestek! Znając podatność „mleczaków” na reklamę przestaną żreć owoce! Chore.

Minął tydzień. Od niedzieli do niedzieli. A może trochę dłużej?

I znów ciężko było przenieść nogę, przez ramę. No, bo jak chcesz osiągnąć jakiś cel, pracujesz początkowo na dwa etaty. Powoli "rozkręca się" moja firma, której poświęcam czas popołudniami, po pracy i w weekendy. Czasem, w niedzielę, gdy nie mam ...

10.10.2018

Kolarskie spodenki

Kolarskie spodenki mają prawdopodobnie równą ilość zwolenników jak i przeciwników. Kiedyś, jeden z "kucharzących" po świecie dziennikarzy powiedział, że w obcisłym to on się nie widzi, bo wygląda "pedalsko". czy jakoś tak to określił, nie wiem, nie oglądałem jego programów ...

Powiało chłodem. Po sobotnich opadach, niedziela przywitała południową Anglię bezchmurnym niebem i pięcioma stopniami ciepła. Temperatura w ciągu dnia podpełzła do piętnastej kreski, by już około czwartej po południu zmusić mnie, po powrocie do domu, do założenia po raz pierwszy ...