20.01.2013

Gorączka złota w Łagiewnikach

Nie, nie! Nie chwytamy za łopaty (do odśnieżania) i nie rozgrzebujemy lasu. Gorączka złota kojarzy mi się z rzeką Klondikle w Kanadzie (prowincja Jukon) gdzie pod koniec  XIX wieku w pobliżu Dawson City znaleziono żółty kruszec. Ponieważ Kanada to nie tylko zamożny kraj, w którym według badań żyje się szczęśliwie, ale również taki gdzie opady śniegu zimą są pewne,  firma Kenda nazwała kolczaste oponki właśnie nazwą rzeki.

W ubiegłą niedzielę (tą, która przywitała kraj pod puchatą śniegową pierzynką) postanowiliśmy (Piotrki dwa) pobrykać rowerkami po świeżym puszku. Moje oponki (Schwalbe Little Albert) na których przejechałem dwa zimowe sezony oraz pustynię troszeczkę zużyły swoje agresywne ząbki i nie dawały mi pełnego komfortu podczas jazdy na ukrytym pod śniegiem lodzie. Przez przypadek w pewnym szwedzkim markecie dla majsterkowiczów (tam też troszeczkę śnieg pada) natknąłem się na kolczaste oponki w wielu rozmiarach. Gadżet? Nie! Po prostu stwierdziłem, że w końcu muszę je mieć tym bardziej, że jak do tej pory widziałem je tylko w internecie i jako człowiek urodzony wtedy, gdy komputery „Odra” dopiero raczkowały a ośrodki obliczeniowe miały moc mojego notbook-a nareszcie mogłem je obejrzeć w realu.

I tak, dziś (niedziela, 20 stycznia) po raz pierwszy w życiu pojechałem na „jeżach” w stronę lasu. Pierwszy odcinek, przez park julianowski potwierdził trafność mojego wyboru. W miejscu, w którym w ubiegłym tygodniu przednie koło nie chciało mieścić się w zakręcie dziś, po lodzie posłusznie pojechało tam gdzie chciałem. To samo było na pokrytej śniegiem, pełnej kolein i zalodzonej (Łodzianie znają to miejsce) Kasztelańskiej. Jedyne miejsca, na których opony sobie nie radzą to te, gdzie śnieg zmieszany z solą przypomina piaszczystą plażę. Droga rowerowa wzdłuż Wycieczkowej odśnieżona i pokryta lodem nie stanowi problemu. Docieram do Łupkowej. Ulica jest czarna. Powoli na plecach czuję spływającą strużkę potu. Opór jakie stawiają oponki jest znacznie większy.Co to będzie gdy na wiosnę wsiądę na szosówkę? Będę musiał uważać na radary!

Do „kaloryfera” docieram niejako od tyłu, ulicą Stanisława Działka. W dołku, tam gdzie pod ulicą przepływa Bzura mimo mrozu czuję wyraźny smród szamba, które ktoś opróżnił do rzeczki. Pod studnią kilku „mastersów” zamiast brykać na rowerkach przesiadło się na narty. Nie poślizgną się? Po chwili przyjeżdża Piotrek a minutkę po nim Tomek. Jedziemy wzdłuż stawów do Arturówka. Herbatka pod dębem troszkę nas rozgrzewa. Ruszamy dalej. Dziś las przypomina deptak: narciarze, spacerowicze, kolarze, dzieci na sankach i „kijkarze”. Lawirujemy w kierunku stawów na Łagiewniczance, przecinamy Okólną i wzdłuż płotu oddzielającego szpital docieramy do… no i właśnie zapomniałem jak nazywa się ta ulica. Nieważne. Koło cmentarza kończy się ukryty pod śniegiem asfalt. Kilkaset metrów gruntowej, zawsze przypominającej kratery na księżycu drogi. Nawet jeżeli czoło opony chciało „złapać” uślizg, bok naprowadzał ją na właściwy tor jazdy. Tym bardziej, że tylne koło cały czas „gryzło” śnieg i lód.

Przecięliśmy drogę Zgierz – Stryków i pomknęliśmy w stronę Palestyny. Pod tablicą z nazwą miejscowości robimy pamiątkową fotkę. Później przeskoczyliśmy autostradę i zatoczyliśmy koło kierując się w stronę ulicy Szczawińskiej w Zgierzu. Tuż za autostradą (tym razem przejechaliśmy pod nią) po polach ktoś szalał na quadzie. Nie, nie na takiej taniej popierdułce z marketu lecz na czymś o wiele klas wyżej. Skręciliśmy w stronę Smardzewa. Pamiętacie przetaczające się powoli pociągi ze Zgierza do Łowicza? Teraz po wyremontowanym torze śmigają „stówką” ciągnąc za sobą niczym kometa srebrny ogon śnieżnego puchu. Ludzie nie przyzwyczaili się jeszcze do nich. W ubiegłym tygodniu znów ktoś zginął na przejeździe niedaleko Strykowa. Parę miesięcy wcześniej pod Głownem w busie zginęło kilka Ukrainek.

Wracamy do lasu. Piotrek i Tomek chcą wracać przez Arturówek,  ja początkowo jadę Łagiewnicką jednak wyprzedzające samochody oblewają mnie co chwilę śnieżną breją. Skręcam w Skrzydlatą i białym tunelem docieram do stawów. A dalej? Dalej tradycyjnie: Krasnoludków, skrót przez las, skok na drugą stronę Łagiewnickiej i julianowski park. Teraz, gdy siedzę wieczorem przy klawiaturze przeglądam zdjęcia. Piotrek z Tomkiem pojechali jeszcze pod Modrzew. Było „grzane”?

DSC09159

DSC09173DSC09165

Kiedy ostatnio byłem w Londynie? Już nie pamiętam pięć, może sześć lat temu. Na rowerze? Tym razem nie. Pojechałem do mojej córki z krótką wizytą. To przecież tylko dwie godziny jazdy pociągiem czy też autobusem z Portsmouth. No właśnie. W ...

26.11.2017

I po listopadzie…

Można napisać, że 26 listopada mam już po rowerowym listopadzie, ba praktycznie dla mnie jest już po pierwszym, angielskim sezonie, bowiem za tydzień weekend spędzam z córką, a 16 grudnia jadę na zasłużony wypoczynek. Może pojeżdżę chwilę po prawej stronie ...

Kolumna Nelsona w Portchester, a właściwie tuż nad miasteczkiem, na wzniesieniu Portsdown Hill nie była moim dzisiejszym celem. Myślałem, że podjadę sobie po raz kolejny na wzniesienie, moją jedną z niewielu dróg, na których znak ostrzega przed 10% podjazdem (zjazdem), ...