17.03.2014

Od źródeł do ujścia Neru

Ten tekst podobnie jak opis wycieczki „Rowerowej Ekipy” był szykowany do innej publikacji. Wtedy było „za mało śniegu” w tym przypadku „za mało liści” i publikacja opóźniała się. Zdjęcia (nie musiały być dziewicze) opublikowałem na facebook’u w ubiegłym roku, wtedy, gdy jechałem trasę. Dziś oddaję Wam tekst. Być może przyda się komuś na wiosenny, weekendowy wypad za miasto.

 

 

Od źródeł do ujścia Neru
Od dawna planowałem przejechać się wzdłuż dużych polskich rzek: Wisły czy też Odry. Lecz
dlaczego nie rozpocząć od czegoś mniejszego? Od rzeki, która miała o wiele mniejszy wpływ na
rozwój mojego miasta, Łodzi niż jej dopływy: Jasień czy Łódka lecz, która jest największą, liczącą
sobie 134 kilometry „łódzką” rzeką, Nerem.
Wycieczkę planowałem już na pierwszy weekend kwietnia. Niestety zima, która w tym roku
trwała zdecydowanie dłużej niż zazwyczaj sprawiła, że moją przejażdżkę musiałem przesunąć o
dwa tygodnie. W sobotni poranek (Anglicy stwierdziliby, że wilgotny) ruszyłem w kierunku
Stoków, wschodniego osiedla położonego w najwyższym punkcie miasta jednocześnie będącym
zachodnim skrajem Wzniesień Łódzkich. To tu zatrzymało się ostatnie zlodowacenie wznosząc
teren na wysokość ponad 230 metrów nad poziom morza. Z tego miejsca wypływają wspomniane
wcześniej rzeki (a właściwie rzeczułki) i tu właśnie miały miejsce pierwotne źródła Neru. Obecnie
nawet na satelitarnych mapach jego koryto jest praktycznie niewidoczne, dopiero przekraczając
ulice Rokicińską pojawia się ledwie widoczne zagłębienie. Nie lubię jazdy w błotnistym terenie,
objeżdżam więc szerokim łukiem gruntowe, rozmiękłe uliczki i przez Andrzejów, Wiśniową Górę i
Wolę Rakową docieram do szosy prowadzącej z Kurowic do Rzgowa. Wzdłuż niej prowadzi linia
drzew zbliżająca się, to znów oddalająca od drogi a między nimi korytem, a raczej jeszcze
korytkiem płynie rzeka, rzeczka, strumień? Tak, woda pojawia się w stawach na terenie Szklanej
Huty. W Rzgowie znanym ze swych targowisk przecinam Ner przejeżdżając zaadaptowanym na
drogę rowerową dawnym mostem tramwajowym. Przed wybudowaniem w połowie lat
siedemdziesiątych ubiegłego wieku trasy szybkiego ruchu, popularnej „jedynki” wzdłuż starej drogi
jeździł z łódzkiego Górniaka do Rzgowa i Tuszyna podmiejski tramwaj. Rzeczka mająca tu około
trzech metrów szerokości podąża na południowy zachód by płynąc gdzieś przez pola ponownie
wpłynąć do Łodzi i zasilić Staw Stefańskiego w parku 1 Maja. Ja tymczasem jadę przez Gadkę
Starą (cmentarz wojenny z okresu Operacji Łódzkiej 1914 – 15) w kierunku Rudy Pabianickiej,
obecnie osiedla na południowym skraju Łodzi będącego do 1946 roku samodzielnym miastem. W
ubiegłym roku oddano tu odcinek drogi rowerowej wykonany z asfaltu co jest ewenementem w
skali Łodzi i chyba kraju. Jazda tym odcinkiem to prawdziwa przyjemność. Przy ulicy Farnej
skręcam na parę minut do parku. To w nim właśnie zaraz po pierwszej wojnie prywatny
przedsiębiorca – Stefański miał swój dworek i stąd wzięła się nazwa ponad 11 hektarowego stawu.
Po ostatniej wojnie miasto wybudowało nad nim ośrodek wypoczynkowy a obecnie nad jego
północnym brzegiem deweloperzy budują swoje apartamentowce. Do tego miejsca przejechałem
już (licząc od domu) 40 kilometrów. Czas na dalszą drogę, przecinam ulicę Pabianicką i jadąc
typową ulicówką, dawną wsią Laskowice (obecnie teren miasta) po prawej stronie mam dolinkę,
którą płynie Ner a za nim, na jego prawym brzegu rozciąga się teren lotniska. Gdy ulica
Laskowicka łagodnym łukiem zjeżdża w dół w kierunku Sanitariuszek, rzeka ma już w sobie wody
Jasienia a kilkaset metrów dalej wpływa do niej pabianicka Dobrzynka. Jestem w najniższym
punkcie miasta. Jadąc dalej ulicą Sanitariuszek mijam budowaną przez wiele, wiele lat Grupową
Oczyszczalnię Ścieków, znaną w Łodzi pod nazwą „Gosia”. Jej uruchomienie przed kilku laty
znacznie poprawiło jakość wód. Co prawda nie wszedłbym się do niej wykąpać, ale przynajmniej
smród nie zrzuca z roweru jak to bywało jeszcze kilkanaście lat temu.
Ponownie opuszczam miasto i przez Konstantynów Łódzki jadę na zachód do Lutomierska.
Dolinka pomiędzy tymi dwoma miasteczkami miała być kiedyś sporej wielkości zalewem,
miejscem wypoczynku dla mieszkańców włókienniczego miasta i pozostałych satelickich
miasteczek. Takie były plany. Podobno w 2000 roku miałem jeździć po Łodzi metrem…
To chyba jedyny tak pofałdowany odcinek drogi na całej trasie. Po piątej bodajże „zmarszczce” nad
drzewami pojawia się dach lutomierskiego klasztoru wybudowanego na fundamentach nizinnego
zamku rycerskiego rodziny Zarębów. Na łąkach otaczających budowlę Ner rozlewa się dość
szeroko. Parę kilometrów stąd nurt przegradza niewielka zapora z elektrownią wodną a z miejsca
przy moście tramwajowym (czynna linia 43) widać zabudowania i kościół położonego w pewnym
oddaleniu od rzeki miasteczka Kazimierz. Głównego konkurenta lewobrzeżnego Lutomierska. W
czasach gdy te miasta walczyły ze sobą o prymat Łódź była jeszcze niewielką osadą położoną
gdzieś w puszczy.
Wybieram drogę po lewej stronie rzeki. Powód jest stosunkowo prosty: droga jest niedawno
wyremontowana i o wiele łatwiej się jedzie po nowym asfalcie niż po patchwork’u o wielobarwnym
kolorze w zależności kto i czym i kiedy łatał niechlujnie dziury. Mijam Czołczyn, Jerwonice i na
końcu wsi, za zakrętem widzę z daleka kolejny most, którym wracam na prawy brzeg we wsi
Szydłów. W dalszej drodze towarzyszą mi podupadłe dwory, podworskie parki zrujnowane przez
PGR-owskie gospodarstwa. „Nasze czyli niczyje” taka myśl przyświecała pracownikom tych
tworów socjalizmu począwszy od dyrektora na dojarce skończywszy. Gdzieniegdzie straszą
parterowe lub jednopiętrowe domy budowane dla pracowników tych kombinatów. Pod sklepami
stoją rezydenci z obowiązkową butelką wina czy piwa w dłoni.
W płaskim jak stół krajobrazie pojawia się jedna, jedyna górka, u której stóp rozłożyła się wieś
Bałbrzychowska Góra. Tu z pewnej wysokości widać wijący się w dolinie Ner a za nim –
Bałbrzychów z olbrzymią fermą drobiarską reklamującą się, że produkuje „jaja jak berety”. Długi
łagodny zjazd doprowadza mnie do rogatek Poddębic.
Po lewej stronie, w parku wita mnie renesansowy pałac. Zaliczany jest on do najpiękniejszych
zabytków w tej części Polski. Budowę rozpoczęto wznosić w 1610 roku a jego fundatorem był
wojewoda rawski Zygmunt Grudziński. Niestety gdy byłem tu trzy lata temu wyglądał o wiele
lepiej. Obecnie jest prawdopodobnie w remoncie. Z ziemi wystaje plątanina rur i kabli a stan
elewacji jest opłakany. Zdjęcie na mapie wykonano bez użycia photoshopa. Takim go pamiętam co
będzie dalej – nie wiem.
Na rondzie (niedawno wybudowanym) kieruję się na północ w stronę Łęczycy. Na rogatkach
spotykam znienawidzony znak: zakaz ruchu rowerów. Niestety muszę pojechać nową, wykonana ze
znienawidzonej kostki brukowej drogą, która prowadzi mnie aż do Starego Gostkowa. Tu, przy
rondzie zatrzymuję się na chwilę przy obelisku poświęconym walce II batalionu 1 Pułku Strzelców
Legionów Józefa Piłsudskiego z kawalerią rosyjską generała Nowikowa 12 października 1914 roku.
Tuż za pomnikiem przekraczam ponownie Ner i przez Wartkowice jadę w kierunku Świnic
Warckich. Teraz przez parę kilometrów będzie mi towarzyszyła autostrada A2, której szum
opuszczam tuż przed Dąbiem już w województwie wielkopolskim.
W przydrożnym zajeździe pochłaniam porcję pierogów z kapustą i grzybami. Jedną z niewielu
potraw wegetariańskich ( nie je pan mięsa?), na którą mogłem liczyć podczas przygotowan do
weselnego przyjęcia. Teraz jedzie mi się o wiele ciężej. Powolutku przejeżdżam przez senne o tej
porze miasteczko. Po raz kolejny znajduję się na prawym brzegu rzeki. Jeszcze tylko kilka
kilometrów drogi i na wprost bieleje wieża kościoła w Chełmnie nad Nerem. Tuż za nią na
wysokiej skarpie nadbrzeżnej był kiedyś pałac. To z niego ruszali w swoją ostatnią drogę Żydzi i
Romowie z gett kraju Warty. Dokładna liczba zgładzonych nie jest znana. Szacunki mówią o 150 –
350 tysiącach osób jednak najbardziej prawdopodobną liczbą jest 200 tysięcy osób. Sposób na
eksterminację był wręcz genialny w swojej prostocie. Po przyjeździe do pałacu transportu,
więźniom obiecywano nowe, lepsze życie. W pokojach pozostawiali w celu „dezynfekcji” swoje
rzeczy i nago udawali się do „łaźni” będącej na końcu piwnicznego korytarza. Gdy „łaźnia”
zapełniła się zamiast wody do wnętrza dostawały się gazy spalinowe ( istniały trzy specjalnie
przerobione w tym celu ciężarówki) i samochód oddalał się do oddalonego o parę kilometrów stąd
lasu rzuchowskiego. Te kilka kilometrów drogi pozwalało skutecznie zgładzić kilkadziesiąt osób. W
lesie początkowo ciała wrzucano do rowów. Później spalano je w polowych krematoriach, które
były niczym innym jak rusztem z ułożonymi nań ciałami przełożonymi warstwami drewna. Tu w
lesie kończę swoją dzisiejszą przejażdżkę. Tuz za lasem na wysokości wielkiego cmentarza wody
Neru mieszają się z wodami Warty.
Ner ma 134 kilometry długości i taki właśnie dystans pokonałem. Pozostał mi dojazd do
gospodarstwa agroturystycznego w niedalekim Grzegorzewie. A jutro? Jutro powrót do Łodzi tym
razem znacznie krótszą drogą przez Łęczycę wzdłuż kanału Ner – Bzura. A właśnie Bzura. U jej
źródeł byłem setki razy ale u ujścia?

To, że dziś pojadę ponownie na wyspę Hayling wcale nie było do końca takie pewne. Zadecydował o tym, jak to często w życiu bywa, ciąg przypadkowych zdarzeń: zapomniałem nazwy wyspy podczas kręcenia filmiku, dwa razy widziałem ją kiedy skręcałem z ...

Tangmere wielu Polakom kojarzy się przede wszystkim z pokaźnymi szklarniami, w których pracowali, pracują lub będą pracować. Lecz w Tangmere była w latach 1918 - 70 baza lotnictwa wojskowego. Zadecydował o tym, jak często bywa przypadek. W listopadzie 1916 roku, ...

Już od kilkunastu dni, żółte tablice informowały kierowców, że w niedzielę 10 września od poranka do południa zamknięte dla ruchu będą niektóre ulice i nadmorska promenada w Portsmouth. Powód? Triathlon, który właśnie dziś przy jednocyfrowej temperaturze rozgrywany był w morzu, ...