29.05.2016

Podlaskie reminescencje (56 zlot PTKol. Supraśl)

Tegoroczny zlot był troszeczkę nietypowy. Po pierwsze: odbywał się w maju, a po drugie: nie było pola namiotowego. I tak miejsca noclegowe w budynku „głównej bazy”, Powiatowego Ośrodka Sportu i Rekreacji „Bukowisko” w Supraślu zniknęły w trzy dni po ukazaniu się regulaminu zlotu. Podobnie było w okolicznych kwaterach, agroturystykach, pensjonatach oraz domu pielgrzyma przy prawosławnym klasztorze, bo przecież Supraśl ma status uzdrowiska i nie byliśmy jedynymi gośćmi w tym okresie. Dzięki Adamowi z Kętrzyna (pozdrawiam), który już w grudniu zarezerwował pięcioosobowy domek około kilometra od miejsca zlotu, byliśmy na bieżąco z tym, co dzieje się na zlocie a jednocześnie mieliśmy swoistą oazę spokoju.

Przyjechaliśmy w sobotę późnym popołudniem. To dobry czas by się zaaklimatyzować, rozpakować, przejść do zlotowego biura a przede wszystkim przywitać z Elą i Lodzią, tegorocznymi kursantkami na zlocie, które już od czwartku uczyły się pilnie by zasilić turystyczno – kolarską kadrę. A w niedzielę? W niedzielę pojechaliśmy do Białegostoku na zwiedzanie miasta i uroczyste otwarcie imprezy.

Postanowiliśmy jeździć początkowo w czwórkę. Oczywiście wykorzystywaliśmy trasy przygotowane przez organizatorów ale niekoniecznie tego dnia, na który była przygotowana. Może straciliśmy wiedzę, którą posiadali przewodnicy prowadzący grupy ale zyskaliśmy przestrzeń na trasie, a z materiałów zlotowych, tudzież informatorów otrzymywanych w różnych miejscach mogliśmy uzupełnić wiedzę o Podlasiu bez ścisku i tłoku. I tak, w poniedziałek ruszyliśmy do Tykocina i Choroszczy. Tykocin nie był na zlotowej trasie lecz jak tu go nie odwiedzić będąc tak blisko. Odrestaurowany zamek, piękna zabudowa miasteczka, w którym czas się liczy troszeczkę wolniej niż w dużych miastach, bruki, białe tynki domów, synagoga (szkoda, że nie mogliśmy jej zwiedzić, gościła bowiem autokar Żydów z Izraela) sprawiły, że każda minuta spędzona w mieście była tego warta. W Choroszczy spóźniliśmy się nieco na zwiedzanie kolejnego pałacu Branickich jest więc pretekst by przyjechać tu jeszcze w przyszłości. Wieczorem dziewczyny poszły pisać test.

We wtorek jedziemy na czwartkową trasę, „W krainie otwartych okiennic”. Połowa trasy prowadzi szutrowymi drogami łączącymi wsie. Jedziemy oczywiście przez Puszczę Knyszyńską. Czasem przez las trzeba prowadzić rowery. Niestety same wsie z kolorowymi, otwartymi okiennicami zawodzą. Spodziewałem się większej ilości zdobień. Na szczęście w pierwszej z wsi, Soce, zatrzymałem się obok pierwszego zdobionego domu. Później nie było na czym zawiesić oka. Mój niedosyt całkowicie został zrównoważony przez piękną cerkiew w Puchłach. To jedno z tych miejsc gdzie z ust wyrywa się „wow!”. Ciemnoniebieskie ściany na tle błękitu nieba i soczystej zieleni traw i drzew. Poezja. Równie ładnie prezentowała się cerkiew w Trześciance pomalowana na zielono. Wracając spotkaliśmy równiarkę chcącą zlikwidować pralkę charakterystyczną dla gruntowych dróg. Niestety likwidując fale, maszyna wygarniała na wierzch piach, który w słońcu szybko sechł i dla rowerowych kół stawał się mało przejezdny. Walca nie zaobserwowaliśmy.

DSC04026 — kopia

W środę pojechaliśmy do Kruszynian i Krynek. Zlotowa trasa prowadziła tu w poniedziałek. Po drodze, obok Kopnej Góry natrafiamy na cmentarz i pomnik powstańców listopadowych. Chwila odpoczynku, kilka fotografii i jedziemy dalej. Parę kilometrów za Poczopkiem skręcamy w szutrową drogę. To była słuszna decyzja Adama. Lepiej mieć teraz trudny odcinek by potem wracać asfaltem. Po za tym gdzieś w oddali gromadzą się burzowe chmury. Prognoza na dziś przewiduje miejscami burze. W Kruszynianach byłem już dwa razy. Po raz pierwszy w 1981 roku na zlocie centralnym w Supraślu. Niewiele pamiętam z tego okresu ale meczet wrył mi się w pamięć. Do Krynek prowadziła wtedy brukowana droga. W roku dwutysięcznym był już asfalt. Teraz wieś zmieniła się. Powstała restauracja, kilka gospodarstw oferuje pokoje gościnne. Opiekujący się meczetem Tatar ciekawie opowiada historię meczetu, islamu i tatarszczyzny w Polsce. Po kilku górkach dalej jesteśmy na jedynym w Polsce (a może na świecie?) rondzie, z którego odchodzi dwanaście ulic! W drodze powrotnej odwiedzamy Silvarium w Poczopku. Gdy dotarliśmy do Supraśla dosychały na jezdniach kałuże. Przed wieczorem dojechał do nas Krzysiek z Pasłęka. Jesteśmy w komplecie!

W czwartkowy poranek ruszyliśmy do Czarnej Białostockiej. Tuż za Supraślem skręcamy w las. Szutrowa droga prowadzi nas przez Puszczę Knyszyńską aż do ruchliwej „dziewiętnastki” prowadzącej do granicy. Sama Czarna nie powala na kolana. Zatrzymujemy się na chwilę przy pomniku w centrum gdzie ktoś do mocno nieudolnie wyciętego orła z blachy, równie nieudolnie dorobił koronę. Już nie pamiętam co upamiętniał ten pomnik ale ten orzeł to zniewaga dla godła. Jedziemy do Świętej Wody. Na górze stoi las krzyży. Na dole jak zwykle w miejscach gdzie są sanktuaria „cepeliada” straganiki i restauracja świecąca szyldem zapraszającym na komunie, bierzmowania itd. Przez Wasilków wracamy do domciu.

Piątek. Jak ten czas szybko leci. Dziś wieczorem zakończenie zlotu. To gdzie pojedziemy? Krzysiek zasugerował Sidrę. Jedziemy!Tuż za Kopną Górą, obok arboretum droga skręca w las. Drogowcy prawdopodobnie w tym roku przeprowadzą jej generalny remont. Kilkakrotnie odcinki asfaltu przypominają patchwork łatany łopatą i butem. Jeszcze przed Sokółką skręcamy na chwilę do wsi Wierzchlesie. I to jest dopiero kopalnia „otwartych okiennic”! Niemal każdy dom ma bogato zdobione okna i narożniki. Aparat fotograficzny szaleje! W Sokółce, na rynku dzielimy się. Ela i Adam zostają. Adamowi dolega kontuzja nogi. Nie ma co szaleć. Lodzia, Krzysiek i ja jedziemy do Sidry „zaliczyć” kolejny zamek. Po kilkunastu kilometrach jazdy totalny zawód. Na zalesionym wzgórzu w centrum miasteczka (wsi?) murek z kamieni, prawdopodobne fundamenty to jedyna pozostałość po zamku. Jestem zawiedziony. Dopiero gdy powróciliśmy do Sokółki, przy szosie pojawił się ciekawy obiekt, cmentarz żołnierzy radzieckich. Zadbany, z pomnikiem, czerwonymi gwiazdami, sierpem i młotem. Czyżby był tak daleko od Warszawy, że „dekomunizacja” do niego nie dotarła? A może mieszkają tu normalni ludzie dbający o spokój poległych? Lodzia (pochodząca z Sokółki) mówi, że chodziła tu na wagary. Wchodzimy, focimy bo nie wiadomo jaki los go czeka. Za pięć czwarta jesteśmy pod Muzeum Ikon w Supraślu.

O dwudziestej zapłonęło ognisko> Były dyplomy i puchary, bigos i kiełbasa i oficjalne zakończenie zlotu. Z niektórymi spotkam się ponownie w Kruklankach (może wcześniej?), niektórych zobaczę we Francji – z większością zobaczę się dopiero za rok. A w sobotę rano, po śniadaniu skierowałem się na zachód pozostawiając za sobą Supraśl, Puszczę Knyszyńską, Białystok i Podlasie.

To, że dziś pojadę ponownie na wyspę Hayling wcale nie było do końca takie pewne. Zadecydował o tym, jak to często w życiu bywa, ciąg przypadkowych zdarzeń: zapomniałem nazwy wyspy podczas kręcenia filmiku, dwa razy widziałem ją kiedy skręcałem z ...

Tangmere wielu Polakom kojarzy się przede wszystkim z pokaźnymi szklarniami, w których pracowali, pracują lub będą pracować. Lecz w Tangmere była w latach 1918 - 70 baza lotnictwa wojskowego. Zadecydował o tym, jak często bywa przypadek. W listopadzie 1916 roku, ...

Już od kilkunastu dni, żółte tablice informowały kierowców, że w niedzielę 10 września od poranka do południa zamknięte dla ruchu będą niektóre ulice i nadmorska promenada w Portsmouth. Powód? Triathlon, który właśnie dziś przy jednocyfrowej temperaturze rozgrywany był w morzu, ...