19.01.2017

Po lewej stronie drogi – Malta

Potrzebowałem krótkiego, tygodniowego resetu. Czułem się mocno wypalony. Na półce z książkami stoi kolekcja sprzedawana kilka lat temu jako dodatek do „GW”. 18 – tym tomem jest Malta i właśnie na niej na dłużej zatrzymałem wzrok. Autorzy, którzy napisali ten tom albo dawno tam nie byli, albo napisali lwią część tekstu korzystając z bardzo starych informacji. Historia się zgadza, ale jeżeli chodzi o teraźniejszość to po konfrontacji tekstu z rzeczywistością mogę się zgodzić z tym, że jeździ się tam po lewej stronie drogi, a stwierdzenie, że Malta jest płaska to tak, jakby powiedzieć, że ja mam czarne, kręcone włosy bez śladów siwizny (kto mnie zna, wie, że jestem prawie łysy i do tego siwy). Na ale do rzeczy: w poniedziałkowy wieczór (9.01) wylądowałem na lotnisku, z którego autokar zawiózł mnie na północno – zachodni kraniec wyspy do miejscowości Bugibba (czyt. Budżiba). Tam w Huli hotel miałem spędzić najbliższy tydzień.

Dookoła trzepaka

Wstałem dość wcześnie przed szóstą. Przydała by się kawa. W moim apartamencie (pokój z aneksem kuchennym, sypialnią i łazienką) jest dobrze wyposażona kuchnia ale nie ma kawy, cukru, soli itp. W nocy przegotowałem wodę (nie zalecają picia kranówki) ale jej smak pozostawiał wiele do życzenia. Czas na pierwszy spacer po okolicy. Nie więcej niż dwieście metrów od hotelu przebiega bulwar prowadzący wzdłuż brzegu zatoki św. Pawła. Jest rześko. Temperatura oscyluje wokół 12 stopni. „Lokalesi” okupują pobliski bar. Do kawy w papierowym kubku nie mam zaufania więc idę dalej. Po drodze kupuję ciastko z francuskiego ciasta, suto nadziane podpieczonymi jabłkami. Gdy zdążyłem je pochłonąć przed oczami zamigotał mi napis „Italian coffee”. Dziewczyna zaserwowała mi jedno z najlepszych espresso jakie do tej pory piłem.

Teraz świat wygląda o wiele lepiej. Po przeciwnej stronie zatoki na skarpie rozpościera się kolejne miasto. Porównuję je z mapą: Xemxija (Szemszija) a tuż za nią (według mapy) znajdują się neolityczne groby. Idę. Słońce nieśmiało przedziera się przez chmury, robi się znacznie cieplej. Co krok słychać stukot młotków, odgłos dźwigów. Gwar dobiega z licznych budów. Nowe hotele zastępują stare, stare domy ustępują miejsca nowym. Takie widoki będą mi towarzyszyć codziennie. Malta staje się coraz najnowocześniejszym kurortem na środku Morza Śródziemnego. Wspinając się stromą ulicą, na której ciężarówki poruszające się po lewej stronie drogi mocno redukują biegi, docieram do strzałki „Roman road”, która kieruje mnie na płaskowyż nad miastem.

Przy drodze znajduje się w sumie dwadzieścia odkrytych stanowisk: jaskinie, menhir, neolityczna świątynia, kamienne domostwa, cmentarz, tysiącletnie drzewo świętojańskie, rzymskie łaźnie i co ciekawe – neolityczna pasieka, która przypomina swym wyglądem groby, jednak w ich wnętrzach były ceramiczne wkładki, na których pszczoły umieszczały plastry. Wszak prawdopodobna nazwa wyspy pochodzi od słowa Melita a tutejszy miód był rarytasem w starożytnym basenie Morza Śródziemnego.

Chmurzy się. Pora jak najszybciej zejść do doliny gdzie wśród ulic mogę prędzej znaleźć schronienie przed deszczem. Na szczęście pokropiło tylko przelotnie i po kwadransie było już po deszczu a ja maszerowałem w kierunku hotelu robiąc po drodze zakupy na najbliższe dni (spaghetti, ser, pomidory, oliwa, sól, chleb no i oczywiście kawa). Po półgodzinnej sjeście czas na dalszy spacer po najbliższej okolicy. Tym razem zwiedzam część miasta zwaną Qawra (Ałra). Tu balkony hotelowe kąpią się rano we wschodzącym słońcu. A po drugiej stronie ulicy, za rzędem restauracji (dobra pizza), a kamienistą plażą (Malta ma podobno więcej piasku na budowach niż na plażach) rozsiadły się baseny. Jest krótka zima i większość z nich ma spuszczoną wodę. Idąc dookoła cypla, za wieżą strażniczą mijam budynek akwarium. Budowa sama w sobie ciekawa, ale same akwaria mało mnie interesują.

Bardziej przykuły moją uwagę rowery przypięte do tablic obok wejścia do biura podróży. For rent. Jutro jeden z nich stanie się na krótko moją własnością

Po lewej stronie drogi

Śniadanie, spacer po mieście (odkrywam lokalną przekąskę – trójkątne wytrawne ciastka z ciasta francuskiego nadziewane serem przyprawionym na słono lub pastą z grochu, jedzone na gorąco, idealne na śniadanie), obowiązkowa kawa we wczoraj odkrytym barze i wizyta w wypożyczalni. Ustawiamy „moje” parametry siodełka, kilka tchnień wiatru w koła i czas na przejażdżkę. Przestawienie się na jazdę po lewej stronie drogi trwa dosłownie chwilę. Fajnie pokonuje się rondka i ronda od lewej strony. Jadę ulicami poznanymi podczas wczorajszego spaceru. W końcu wyjeżdżam w nieznane. Szosa według mapy powinna mnie doprowadzić do klifów. Ciekawe ile to kilometrów? Mapa ma rozmiar komputera, na którym piszę a Malta jest tylko trochę większa od mojej rodzinnej Łodzi. Po kilkunastu minutach asfalt urywa się na parkingu a po stu metrach obok wieży strażniczej zaczyna się urwisko.

Poniżej niego morze rozbija się o skały w zatoce Golden Bay. Zostaję tu kilkanaście minut wsłuchując się w odgłos szemrzących fal. Tego mi było trzeba. Całkowite wyciszenie, relaks. Jakiekolwiek problemy zostały daleko stąd, o trzy godziny lotu.

Szosa numer 117 prowadzi mnie raz w górę, to znowu w dół w kierunku Rabatu i Mdiny. Wspinam się szosą prowadzącą aż do bram dawnej stolicy Malty. W obręb murów nie mogę wjechać rowerem, zostawiam go więc tuż obok postoju dorożek, taksówek i autokarów. Powoli zatapiam się w wielojęzyczny tłum. Oglądam katedrę, pałace i kamienice skulone w wąziutkich uliczkach. Gdy ponownie wydostałem się poza zasięg murów w oddali zamajaczyła mi kopuła kościoła górująca nad miastem.

Czytałem o nim w przewodniku. To trzecia (bądź czwarta) co do wielkości kopuła na świecie (po Watykanie i Haga Sophia), następna co do wielkości (lub trzecia) jest na sąsiednim Gozo. Lepiej nie wdawać się w spór z miejscowymi, która dzierży palmę pierwszeństwa na Malcie. By się do niej dostać zjeżdżam w dół, mijam dawne lotnisko, siedzibę muzeum samolotów, park narodowy i po pokonaniu kilku skrzyżowań na przedmieściach, zagłębiam się w zwartą zabudowę Mosty. Wreszcie tuż za narożnikiem kamienicy, po drugiej stronie ruchliwego skrzyżowania widzę kopułę kościoła.

Kościół Santa Marija Assunta – Mosta Dome

Z dołu nie robi już takiego wrażenia jak widziana od góry. Z tym kościołem związany jest jeden z tak zwanych cudów: w czasie II Wojny, do świątyni pełnej wiernych podczas nalotu przez kopułę wpadła bomba i raczyła nie eksplodować. Obecnie stoi tu jej replika.

Wąskimi uliczkami docieram do nieco szerszej arterii imienia 21 września. Wiem, że doprowadzi mnie ona do miasta Naxxar (chociaż w tak ciasnej zabudowie ciężko czasami się zorientować, że opuściło się jedno i wjechało do innego miasta). Na końcu ulicy mam skręcić w lewo i naprzeciw kolejnego okazałego kościoła, minąć Pallazo Parissio. Ten pałac jest udostępniony do zwiedzania i reprezentuje styl zamożnych maltańczyków końca XIX wieku. Szczerze? Nie wiem jak to się stało, że pałac ominąłem objeżdżając kościół. Albo ogarnęła mnie na moment „pomroczność jasna” albo zapatrzyłem się na drogowskazy i wejście do pałacu zobaczyłem dopiero dwa dni później z okna autobusu. czyli jest okazja by na Maltę powrócić.

Zainteresowały mnie natomiast zabudowane ażurowym wzorem balkony, które uchwyciłem obiektywem aparatu tuż przed szaleńczym zjazdem w dolinę, na której końcu, za kolejną zatoką, majaczyły zabudowania Qawry. Już na dole, przed powrotem do hotelu, postanowiłem z bliska obejrzeć salinę.W wąskiej zatoce ulokowano baseny z morską wodą, która odparowując (no nie w styczniu) pozostawia na ich dnie morską sól. gdy już miałem odjeżdżać jeden z pracowników zaprosił mnie do małego, przyzakładowego muzeum „Salina Salt Pan”. Okazało się, że w tym miejscu sól pozyskuje się od bez mała trzystu lat! Z folderem w plecaku wracam mokrymi od deszczu ulicami. Nad miastem parę minut wcześniej przeszła ulewa.

Salina Salt Pan

Lazurowe okno

Po porannym spacerze melduję się parę minut po dziewiątej w wypożyczalni. Rower przygotowany, wymienione tylne koło (wczorajsze lekko „biło” co czułem szczególnie na zjazdach. Gdzie dziś jedziesz? Na Gozo! Ruszam. Po chwili stwierdzam, że w tym wymienionym kole jest mało powietrza. Wracam do wypożyczalni, pompujemy i ponownie ruszam. Po kilkunastu kilometrach, na podjeździe (10%) czuję, że z tyłu mam miękko. Pompować? Detka ma zawór presta, pompka – schredera ale jest przejścówka. Nakręcam, pompuję i gdy już jest dobrze i chcę schować pompkę – pęka przejściówka a ja zostaję z zaworem dętki w pompce! Spacery są fajne. Dobrze mi zrobi 8 kilometrów na piechotę. Gdy przed jedenastą zjawiam się w wypożyczalni, właściciel od razu wymienia całe koło. No cóż, złośliwość przedmiotów martwych. Wracam tą samą trasą. Jeszcze nie zdążyłem wyjechać z miasta gdy trzy osoby wtargnęły mi na jezdnię. Dwie ominąłem, trzeciej – nie. Rower cały, ja właściwie też, tylko upadając obtłukłem sobie prawe biodro. Przeprosiny przyjąłem i pojechałem dalej choć przez dwa dni miałem problemy z chodzeniem po schodach. Kolarze to nie piłkarze. Twardym trzeba być – nie „miętkim”.

Po jednym z 10% podjazdów

Po trzech solidnych podjazdach docieram na prom. W samą porę bowiem odpływaliśmy dosłownie po chwili. Do brzucha statku zmieściło się kilkadziesiąt samochodów a sam rejs trwa około dwudziestu minut. Gdy rampa opadła udało mi się zjechać na wyspę niemal w pierwszej kolejności. Kolejna wspinaczka to wjazd z portu do miasta Mgarr a dalej drogą numer 1 w kierunku Victorii stolicy Gozo. Gdzieś po prawej stronie widzę w oddali kopułę spornego co do wielkości kościoła w Xewkija.

No i co? Jak myślicie, który w końcu jest trzecim, a który czwartym co do wielkości? Nie wnikam i kłócić się nie zamierzam. Wiem, że przede mną na drodze łopocze jedna z największych flag jakie widziałem. Czy to już przedmieścia Victorii? Nie wiem ale na pewno Gozo jest o wiele bardziej płaskie niż Malta. Później dowiedziałem się, że na dokładne zwiedzenie wyspy potrzeba najlepiej trzech dni. Ja przeznaczyłem tylko jeden, więc jest okazja do ponownego przybycia!

W Victorii zatrzymałem się na głównym placu w centrum miasta, przeszedłem się kilkoma uliczkami, kupiłem coś i dla Kalinki i dla siebie i raźno popedałowałem dalej. Tak raźno, że aż zmyliłem drogę. Zamiast pojechać na wprost, na rondzie skręciłem w niby główniejszą drogę. No i dobrze bo nadłożyłem może trzy, cztery kilometry ale widoki wszystko zrekompensowały a ja po powrocie na właściwą trasę zrobiłem jeszcze fotkę bazyliki Ta’Pinu – narodowej świątyni Malty.

Ta’Pinu

W miasteczku Świętego Wawrzyńca droga do mojego celu skręca w lewo. Po dwóch kilometrach jazdy serpentynami w dół docieram do dzisiejszego celu. Proszę Państwa! Przed nami Lazurowe Okno. I wiecie co? Warto tu było przyjechać a aparat nigdy do końca nie odda tego co zobaczyły oczy.

Azure Window

Zrobiło się na tyle ciepło, że w drogę powrotną jadę „na krótko”. Nogawki i rękawki wylądowały w worku na plecach a ja rozpocząłem nie ostatnią dziś wspinaczkę. Kilkanaście minut po piątej, z lekko obolałym dupskiem, dotarłem do hotelu. Po takiej pełnej przygód jeździe zasłużyłem na solidną porcję spaghetti i buteleczkę miejscowego wina. Wszak odwodniłem się okrutnie.

Valetta

Już wcześniej założyłem sobie, że piątek przeznaczę na poznanie stolicy tego 186 co do wielkości kraju na świecie. Wbrew temu co pisali autorzy mojego przewodnika do nowoczesny kraj, można w nim śmiało jeździć na rowerze,  bowiem dość dobrze rozbudowany jest system dróg rowerowych, spotkałem w trzech miejscach wypożyczalnie rowerów miejskich Nextbike, a autobusy to nie stare rzęchy sprowadzone z Anglii (czyt. bez klimatyzacji) lecz nowoczesne autobusy w krótkiej i długiej wersji, w których u kierowcy można kupić bilet jednorazowy (1,5 euro na dwie godziny jazdy). Po ulicach poruszają się w większości nowe auta, czasem w mniej znanych wersjach (kierownica po prawej stronie). W każdej większej miejscowości są  dworce autobusów miejskich, z których 90 % dojeżdża do stolicy i wielkiego dworca z trzema terminalami. Z dworca w Bugibbie miałem trzy linie jadące różnymi trasami do Valetty. Dopiero jadąc autobusem można dostrzec ilu emigrantów dotarło do wyspy. ludzie ci pracują najczęściej na budowach i przy pracach porządkowych i nie integrują się z maltańskim społeczeństwem co widać właśnie w autobusie gdyż nigdy nie dosiadł się do mnie Afrykańczyk czy Azjata.

Fontanna Trytona

Cypel, na którym położona jest Valetta otoczony jest wysokimi, wybudowanymi lub wykutymi w skale murami obronnymi. Główny ruch turystyczny zaczyna się od dworca autobusowego, a kończy na Pałacu Wielkiego Mistrza. Tu jest stosunkowo płasko. Dalej uliczki są bardzo strome i ruch zdecydowanie się zmniejsza, co dla mnie było zaletą. W obrębie murów dominuje wysoka zabudowa.

Na wielu kamienicach, szczególnie na ich narożach zbudowano kapliczki poświęcone chyba wszystkim świętym katolickim. Nic dziwnego. Zakon szpitalników św. Jana, który od 1530 roku sprawował realną władzę na wyspie składał się z braci wielu narodowości.

Im schodziłem niżej, w stronę fortu św.  Elma tym uliczki stawały się bardziej swojskie. Na balkonach suszyło się pranie, sklepiki przycupnięte na parterach kamienic oferowały czasami mydło i powidło. Unosił się zapach z mikroskopijnych kuchni ultra maleńkich restauracyjek.

Nieopodal fortu zjadam porcję wegetariańskiej zupy warzywnej (krem) z grzankami, typowej dla wyspy. Skrapiam  ją oliwą. Taka porcja starcza mi do wieczora. Powoli wracam bliżej centrum. Tłum nieco rozrzedził się, jest więc okazja do zrobienia kilku dodatkowych zdjęć.

Myślę, że jutro też spędzę tu parę godzin, bo nie sposób w kilka godzin przejść całej szachownicy ulic, tym bardziej, że wczorajszy upadek jeszcze czuję. szczególnie podczas podchodzenia stromymi uliczkami.

Pozostało mi jeszcze raz rzucić okiem na katedrę św. Jana i jej dodatkowe, namalowane zegary. Ponoć Maltańczycy celowo domalowywali do prawdziwego zegara dodatkowe atrapy dla zmylenia przeciwnika (czyt. diabła). Ile jest w tym prawdy?

Trójmiasto

Sobotni poranek. Tuż po śniadaniu i obowiązkowej kawie w barze przy bulwarze, wsiadam do kolejnego miejskiego autobusu jadącego do Valetty. O tak wczesnej porze nawet w centrum nie było jeszcze wielu ludzi. Zaraz za budynkiem Nowego Parlamentu skręcam w prawo i kieruję się w stronę przystani promowej. Niestety zagrodził mi drogę sam Wielki Mistrz Jean Parisot de la Valette.

No nie mogłem się mu sprzeciwić, wszak to od jego nazwiska wzięła nazwę stolica. Ręką wskazał mi kościół. Otwarty i z bezpłatnym wejściem. „Idź niewierny i zobacz jak pięknie odrestaurowali polichromię” rzekł do mnie, a ja posłusznie spełniłem jego wolę.

W myślach przyznałem mistrzowi rację, a ponieważ można było bez lampy zrobić kilka fotek, to i z wami się nimi podzielę. Wychodząc z kościoła trafiłem z marszu na kolejny zabytek: Auberge de Castile et Leon, bo trzeba wam wiedzieć, że zakon, a właściwie braciszkowie – rycerze z różnych stron Europy, nie mieszali się ze sobą, lecz mieszkali w auberge’ach zgodnie ze swą narodowością. I tak tu mamy Kastylię i Leon, a tuż za rogiem był obszerny budynek przynależny Włochom.

Docieram do ogrodów, z których balkonu widać taras, a na nim działa wycelowane w kierunku Wielkiego Portu, a za nim mój dzisiejszy cel główny, czyli trójmiasto: Birgu, Senglea i Cospicua. Windą zjeżdżam na położone ok. 50 metrów niżej bulwary. I w cale się nie dziwię, że te fortyfikacje były praktycznie nie do zdobycia. No bo jak zdobyć z dołu potężną, gładką, niemal pionową ścianę? Z procy?

Po dziesięciu minutach wsiadam na katamaran, który przewozi mnie w poprzek portu do Dockyard Creek. Cumujemy tuż za jachtami na przystani w Birgu. W Pałacu Inkwizytora dostaję mapkę z najciekawszymi obiektami trzech miast. W jednym z nich już jestem, a idąc dalej, w górę dojdę do centrum starego miasta. I tak tez robię. Wąziutkie, jasne (niska zabudowa) uliczki prowadzą mnie aż do kolejnych miejskich bastionów. Widać za wysokimi murami kolejne miasto… zaraz, zaraz. Niech odnajdę kierunek, już wiem! To Kalkara, czwarte miasto najbliżej wyjścia z Grand Harbour na Morze Śródziemne. Idąc dalej docieram do wąziutkich schodów, którymi dostaję się na bulwar prowadzący do Fortu Św. Anioła.

W samym forcie jest do zwiedzenia (na 14.01) pięć z sześciu obiektów a w jednym z nich są trzy sale z filmami: o roli Malty od starożytności po dzień dzisiejszy, historii nowożytnej i współczesności. Z uwagi na ogrom obiektu zamieściłem wam zdjęcie makiety obiektu, który w razie zagrożenia pluł do wroga ogniem z dział umieszczonych na czterech poziomach.

Tuż obok fortu cumują największe jachty, jakie do tej pory widziałem i zastanawiam się tylko nad jednym: czy ich właściciele znajdują czasem chwilę wolnego pomiędzy zarobieniem kolejnego miliarda na odwiedzenie swoich pływających pałaców? A jak juz jesteśmy przy pływaniu, oto kilka jednostek jakie spotkałem w Wielkim Porcie.

Z Birgu poszedłem do Senglea, miasta właściwie nijakiego, odbudowanego całkowicie po II Wojnie Światowej. Niemieckie naloty praktycznie zrównały je z ziemią. W nim bowiem, a właściwie tuż obok niego, są suche doki w których naprawiane były alianckie jednostki. Doki w tej chwili wyglądają tak jak na zdjęciu:

W tym akurat remontowane są mniejsze jednostki, ale po drugiej stronie French Creek stała czekająca na remont platforma wiertnicza, a w głębi, w kolejnym suchym doku stała nieco większa jednostka.

Na samym końcu cypla, w ogrodzie jest oczywiście kolejne stanowisko obserwacyjne, a jego wieżyczka ozdobiona jest okiem i uchem – obserwuj i nasłuchuj ta dewiza przyświecała kawalerom maltańskim.

W Senglea, na bulwarze zjadłem pyszny obiad: Gnocchi w sosie z sera z zieloną pleśnią, posypane orzechami piniowymi. Do tego małe, lokalne piwo i… pędzę do nieba, czyli schodami zamiast ulic zdobywam Cospicua. Z trzech miast zdecydowanie wygrało w moim prywatnym plebiscycie Birgu, a ja wsiadam w autobus i jadę do Valetty.

Sliema i nie tylko

 Czasem na Malcie też musi popadać. Akurat wypadło na niedzielę. tego dnia postanowiłem obejrzeć Valettę z drugiej strony, ze Sliemy. Jednym z niewielu autobusów nie dojeżdżających na główny dworzec jest 212 jeżdżące na trasie Bugibba – Sliema. Po raz pierwszy zobaczyłem też północny brzeg Malty. Autobus jechał wzdłuż pustych plaż, a od Paceville wjechał w nowomiejski obszar bogatego St. Julian’s i dotarł na bulwar, z którego odpływają wycieczkowce: na Gozo, dookoła wysp, czy na rejs po porcie.

Otaczały mnie zewsząd w większości nowe budynki, które powoli wyparły te nieco starsze budowane przez ludzi chcących zaznać spokoju od zgiełku Valetty. W tej chwili są tu najdroższe tereny budowlane i czasem śmiesznie wygląda jak na działce, na której do niedawna stał jednopiętrowy dom, na jego „fundamentach” buduje się siedem pięter, przy czym z lewej i prawej strony tkwią wciąż doklejone stare, jednopiętrowe domy.

Bulwar doprowadził mnie do supernowoczesnych apartamentowców z własnymi basenami, boiskami, podziemnymi parkingami.

Nowa zabudowa Sliemy

Wracam tarasem przewieszonym nad zatoką. W krystalicznie czystej wodzie nurek upolował na kuszę ośmiornicę. Biedne zwierze nie miało szans. Ciekawe, dlaczego nie złapał jej w ręce? A gdyby ośmiornica miała też kuszę?

Wzdłuż marin idę w stronę Valetty. Na wysokim brzegu mijam willowe miasteczko o nazwie Ta’Xbiex. W dawnych domach pamiętających kolonialne czasy ulokowało się obecnie wiele ambasad.

Mijam las jachtowych masztów. Pierwsza zatoka, druga, trzecia. Po drugiej stronie cumują wojenne jednostki. Znam ten widok z autobusu. Przed deszczem chroni mnie parasol drzew rosnących przy ulicy, potem w parku. Park też znam. Widziałem go nieraz z okna. Teraz oprócz widoku, mogę go powąchać. Jak pachnie śródziemnomorski las w styczniu? Lasem! W Valettcie pusto. Ludzie schronili się w knajpkach. Schodzę do przystani i katamaranem przedostaję się na drugi brzeg.

Po południu rozpogodziło się. Pojechałem więc do Tarxien. Tam prawie w centrum miasteczka, nawet nie tak dawno bo ciut ponad sto lat temu odkryto neolityczne świątynie. Tym razem zwiedzam je nie sam a w towarzystwie poznanej na autobusowym przystanku Włoszki.

Wykopaliska nie dawno przykryto wielkim namiotem, i mamy wyznaczoną trasę zwiedzania. Zajmuje to około pół godziny. Wracamy do Valetty. Moja towarzyszka chce jeszcze odwiedzić muzeum archeologiczne – ja chcę porobić parę zdjęć w zapadającym zmroku. Spotykamy się raz jeszcze. Muzeum było już nieczynne i Włoszka postanowiła odwiedzić jeden z kościołów.

Gdy już uporządkuję wszystkie zdjęcia zrobię galerię z Valetty, a dziś? Dziś pokażę wam jeden z obrazków wieczornego życia.

Bo dobry mim znajdzie się w każdym większym mieście. Do hotelu wróciłem już po zmroku i w kolejnym deszczu. A w nocy wiał potężny wiatr, nad ranem zgasły światła. W szarości budzącego się dnia pakowałem torbę i wspomnienia. Ostatni spacer „dookoła trzepaka”, ostatnia kawa w zaprzyjaźnionej kafejce a o jedenastej (trochę za wcześnie) wsiadłem do autobusu linii X3, który klucząc przez całą niemal wyspę zawiózł mnie na lotnisko. Kilkanaście minut po dziesiątej wieczorem witałem się z moją Kalinką. Kochaną.

Kolumna Nelsona w Portchester, a właściwie tuż nad miasteczkiem, na wzniesieniu Portsdown Hill nie była moim dzisiejszym celem. Myślałem, że podjadę sobie po raz kolejny na wzniesienie, moją jedną z niewielu dróg, na których znak ostrzega przed 10% podjazdem (zjazdem), ...

05.11.2017

Na dachu Portsmouth

Dziś króciutka (bo zimno) przejażdżka tuż poza wyspę Portsea by po raz kolejny znaleźć się na dachu Portsmouth, tym razem z normalnym aparatem, który może lepiej przybliżyć charakterystyczne obiekty miasta. Dlaczego na dachu? Bowiem wyjeżdżając z wyspy, natrafiamy od razu ...

Kolejny już miesiąc, szósty, tym razem wypadło na październik, został bezlitośnie i zdradziecko rozjechany kołami roweru. Roweru poruszającego się po lewej stronie szosy. Może w tym miesiącu nie było tego rozjechania aż tak wiele, ot kilka przejażdżek do pracy (sześćdziesiąt ...