18.04.2017

Wielkanocnie, zielonkawo…

Co prawda dziś, w pon… zaraz, zaraz – we wtorek, zgubiliśmy wszak jeden roboczy dzień, pogoda w Łodzi tak między szóstą a siódmą rano przypominała raczej grudzień a nie drugą połowę kwietnia to przyznacie: na dworze, w parkach, lasach, na miejskich skwerach i trawnikach zrobiło się zielonkawo i do tego przypatrując się ruchowi aut – wielkanocnie. W sobotę było o wiele cieplej niż  wczoraj i przedwczoraj. Jeździłem wtedy na Wigrach zwanych przez Kalinkę przypadkowo Naparstkiem (miało być inaczej, ale pierwsze słowo się liczy), do miejsc, po których zwyczajowo jeździć na rowerze nie przystaje i nie wiem czy przypadkiem nie jest zabronione (cmentarze).

Niedziela to błogi stan „nic nierobienia” gdy po śniadaniu zalegasz w pozycji horyzontalnej i jedyną rzeczą, którą robisz to jakby wymuszony ruch ręki kursującej między talerzykiem z ciastem a ustami, oraz mimowolne zaciskanie palców na nóżce kieliszka wypełnionego przetworem z winogron, wprowadzającym człowieka w błogi nastrój i dopiero w poniedziałek następuje samobiczowanie, obietnica poprawy, przebieranie się w obcisłe i podniesienie nogi po to, by podjechał pod nią rowerek.

I miała być ho, ho! Nie wiedzieć jak długa trasa, której czas zweryfikowało przenikliwe zimno (zimowe ciuchy spakowane śpią letnim snem do jesieni).

Łagiewniczanka smutna, bo sucha.

Chyłkiem przemykałem więc między Parkiem Julianowskim a Łagiewnikami by na zakończenie ponownie zagościć na Julianowie. Troszkę mnie zdziwiło, że pomimo dość długo zalegającego śniegu, koryto Łagiewniczanki płynącej przez Łagiewniki (tuż obok kapliczek), mylnie nazwanej na mapach Google (niektórzy powielają ten błąd) Brzozą, jest o tej porze roku suche.

Bzura tuż za stawami w Arturówku

Podobnie Bzura, też w tym roku nie grzeszy przesadnie rozlanym korytem, a pomyśleć, że nasze miasto powstało dzięki potędze takich właśnie leśnych rzeczek i strumyków, i aż dziw bierze, że nie ma w nim choćby jednej rzeki wielkości choćby Warty czy Odry (o Wiśle nie wspominając).

Spotykając wielu podobnie jak ja, umiłowanych w rowerach przemierzających park i las (pozdrawiam), przejechałem ponownie mostek na Sokołówce by zatrzymać się na chwilkę przy Czerwonym Dworze na skraju parku.

Czerwony Dwór

Ten budynek będący najprawdopodobniej w czasach świetności dawnych właścicieli parku: rodziny Heinzlów, pałacykiem myśliwskim dla gości, przetrwał w nienaruszonym stanie obie wojny światowe i po dziś dzień otacza go aura tajemniczości.

I jak to mówią autorzy serialu „Ziemia widziana z góry”, jest to doskonałe miejsce by zakończyć dzisiejszą podróż. Wielkanocnie i zielonkawo pozdrawiam Was, umiłowani w rowerach.

27.04.2020

Cudze chwalicie…

... i tak dalej, i tak dalej. Na początek informacja dla członków PTTK, z początkiem kwietnia zrezygnowałem z prowadzenia fili nr 1 CRW i w związku z tym wszelkie sprawy związane z weryfikacją wysokich stopni odznak kolarskich, kierujcie do Mirka ...

Koło wróciło na należne mu miejsce po dwóch dniach. Bo jak powszechnie wiadomo, jedno koło to stanowczo za mało do radosnego przemieszczania się za pomocą przyrządu opartego najczęściej na trójkątnej konstrukcji, z bardziej lub mniej skomplikowanego metalu, niemetalu, bambusa, karbonu ...

Pan Rower był chory i zawisł na ścianie, pytam Go czule - co Ci jest kochanie. - Oj, szprycha mi pękła na angielskiej ziemi. Wiem nie masz pieniędzy, chyba wyjedziemy? - Mój drogi Rowerku, może nam pomogą, pracować nie mam ...