02.06.2017

Od Hayling Island do Southampton

Na Hayling Island można dostać się promem, a właściwie stateczkiem pokonującym w parę minut stumetrowy przesmyk o wartkim nurcie. To pływy wpychają, po to by po paru godzinach zabrać wodę z Langstone Harbour. Można też pojechać dookoła, jadąc z Portsmouth drogą rowerową, przez most łączący Portsea Island ze stałym lądem i skręcić na wschód. Tu, na stałym lądzie jedziemy drogą rowerową wzdłuż trasy szybkiego ruchu do Havant. Na drodze jest dobre oznakowanie. Po prostu trzeba się do niego przyzwyczaić. Jak jest napisane np. 4 i 1/2 to znaczy, że nie jest to cztery i pół kilometra tylko trochę ponad siedem. W Havant drogę rowerową przegradza strumień przy dawnym młynie.

W lewo docieramy do centrum, natomiast w prawo klucząc przez parking jedziemy do drogi na most i na wyspę. Po prawej stronie zaczyna się kolejna droga rowerowa lecz wiadomo, szosowcy tną jezdnią. Tu jednak warto pokusić się i pojechać „rowerówką”. Już na wyspie prowadzi ona bowiem po dawnym nasypie nieistniejącej już od ponad pięćdziesięciu lat kolei.

Pozostały po niej filary kolejowego mostu i przepiękna, prowadząca tuż nad brzegiem zatoki bardzo twarda, niemal betonowa szutrówka.

Dojedziemy nią do South Hayling a dokładnie do części zwanej West Town. Po drodze, nim wjedziemy w uliczki miasteczka będziemy jechać przez niemal płaską, pokrytą zaroślami równinę, na której można spotkać krowy uwielbiające kąpiele w prawdopodobnie słonawej wodzie.

Zwierzęta chodzą luzem po sporej połaci gruntu i nie wiedzieć czemu upodobały sobie stanie na środku sadzawki. A może odmaczają racice?

Miasteczko, to właściwie jeden długi jak wyspa szeroka kurort ciągnący się od wspomnianej na początku przeprawy promowej do wschodniego cypla. Domy: dwu, trzypiętrowe oddzielone od plaży szosą i wąskotorową kolejką mają do brzegu Kanału Angielskiego około stu do dwustu metrów i jak do w tego typu kurortach bywa wzdłuż plaży mamy sporo fastfood’ów, w których króluje oczywiście fish and chips.

Gdzieś przy plaży zatrzymuję się na chwilę przy pomniku poświęconym operacji D-day, a z powrotem na stały ląd wracam szosą A3032 wijącą się przez środek wyspy.

*

Zdjęcia z wizyty w pierwszych, portsmundzkich wodociągach zamieściłem na facebook’u. Warto przypomnieć, że jak większość i to muzeum ma darmowy wstęp, lecz zawsze można wspomóc kolekcję monetą wrzuconą do skarbonki. Tak też zrobiłem i tu.

Dziś za to musiałem załatwić sprawy związane z moją pracą. Pojechałem więc rano do odległego o trzydzieści kilometrów Southampton. Spotkanie miałem wyznaczone na 10.25, miałem więc dobre dwie godziny na zwiedzanie centrum miasta. Rozpocząłem od fragmentów dawnych murów miejskich, ruin kościołów (jeden z nich, XIV wieczny uległ zniszczeniu podczas niemieckich nalotów z 1940 roku), dawnych zajazdów, szachulcowych budynków mieszkalnych, bramy miejskiej oraz wspaniałego parku.

A po powrocie poszedłem na spacer na nadmorski bulwar, posiedziałem na cieplutkich kamieniach, zjadłem lunch w indyjskim barze i… znalazłem bardzo ładny, niewielki ogród botaniczny z roślinnością bardziej przypominającą śródziemnomorską niż zimną, wyspiarską. Podobno „mój” rejon wybrzeża to najbardziej słoneczne miejsce na wyspach.

Dosłownie sto metrów za ogrodem botanicznym znajduje się muzeum D-day, niestety w tej chwili nieczynne, ogrodzone, czekające prawdopodobnie na remont. Z wysokiego wału można podziwiać cieśninę, przez którą statki przepływają do portu a od czasu do czasu słychać głośny warkot poduszkowca udającego się w rejs na wyspę Wight.

W drodze powrotnej do domu, na sporej wielkości stawie pływały łabędzie. I nie przeszkadzała im konkurencja rowerów wodnych o łabędziej szyi. Wręcz przeciwnie, duże stado pływało między plastikowymi łódko – rowerami. I szkoda tylko, że znaleziony nieopodal domu bar z prawdziwym , najprawdziwszym, włoskim espresso był już zamknięty. To jedyne jak do tej pory miejsce, gdzie potrafią zrobić naparstek kawy. Wpadnę na nią jutro. Może do tego croissant?

dav

 

 

27.04.2020

Cudze chwalicie…

... i tak dalej, i tak dalej. Na początek informacja dla członków PTTK, z początkiem kwietnia zrezygnowałem z prowadzenia fili nr 1 CRW i w związku z tym wszelkie sprawy związane z weryfikacją wysokich stopni odznak kolarskich, kierujcie do Mirka ...

Koło wróciło na należne mu miejsce po dwóch dniach. Bo jak powszechnie wiadomo, jedno koło to stanowczo za mało do radosnego przemieszczania się za pomocą przyrządu opartego najczęściej na trójkątnej konstrukcji, z bardziej lub mniej skomplikowanego metalu, niemetalu, bambusa, karbonu ...

Pan Rower był chory i zawisł na ścianie, pytam Go czule - co Ci jest kochanie. - Oj, szprycha mi pękła na angielskiej ziemi. Wiem nie masz pieniędzy, chyba wyjedziemy? - Mój drogi Rowerku, może nam pomogą, pracować nie mam ...