18.02.2018

Jazda indywidualna nie na czas… .

Miało być troszeczkę inaczej. Każda jazda od maja ubiegłego roku, to jazda indywidualna i na pewno nie ogranicza mnie czas. Chce – depnę, nie chcę – jadę spokojnie, pięta palce. Dziś pomyślałem sobie, że troszkę przeciągnę się po górkach, by się wzmocnić po leniwych miesiącach, i co? I nici z planowania, żeby nie napisać dupa. Napisałem dupa? Wrażliwych przepraszam. To z powodu braku promu na przystani, z którego w końcu chciałem skorzystać, w drodze na sąsiednią wyspę Hayling. Tradycyjnie już drogą przez centrum wyspy pojechałem do podnóża garbu wznoszącego się tuż za nią, a będącego jeszcze na terenie miasta. Jakiego spytacie? No tego gdzie mieszkam, Portsmouth.

Gdy wspiąłem się na szczyt wzniesienia, na rondzie, podobnie jak w poprzednim tygodniu, przywitał mnie znak „Uwaga Cykliści”. Czyżby znów wyścig? Tym razem jazda indywidualna na czas. Położyłem Spesia obok leżących już na trawie rowerków. O! Jeden to o rok młodszy braciszek mojego! Identyczny jak miał Vincenzo. Malowanie na sezon 2007. Nareszcie miałem możliwość porozmawiania po angielsku z jego właścicielem. Dziwne prawda? Mieszkam w Anglii, a rozmawiam mniej w ich języku niż w Italii. Mieszkanie z Polakami i praca z nimi językowo uwstecznia.

Anglicy, mówiący po angielsku (nie mylić z tutejszym dialektem), polecali mi świetny bekon serwowany w przyczepie tuz obok nas, ja z wiadomych względów odmówiłem, właściciel Spesia (ten w okularach) zrobił zdjęcie strony, na której o nim teraz piszę i z kolegą ruszyli w dół, ja natomiast postanowiłem wykonać kilkadziesiąt zdjęć zawodników startujących w jeździe indywidualnej na czas, z których kilkanaście możecie obejrzeć poniżej.

Jak widzicie na ostatnim zdjęciu, nie tylko ja ostrzelałem zawodników obiektywem. Zrobił to również właściciel tej zabytkowej vespy. Zdjęcia, zdjęciami. Jazda indywidualna, jazdą indywidualną, ale życie stygnie. Plecy i nogi też. Czas ruszyć dalej, nie na czas. Kierunek? Powolne opadanie ze wzniesienia, w stronę Havant, by przez most przedostać się na wyspę Hayling.

Tuż za przeprawą chwila na małe co nie co i czas (choć nie goni) jechać dalej, w stronę południowego krańca wyspy.

Dotarłem do przeprawy promowej. Myślałem, że jeżeli nie udało się popłynąć w tą, to może z powrotem? Niestety, łodzi ani widu, ani słychu, ani kartki. U ujścia zatoki Langstone kręciły się jedynie żaglówki i skutery wodne.

Tak więc nie pozostało mi nic innego by dalej, indywidualnie, nie na czas, radośnie przebierać odnóżami, tym razem nową, właśnie odkrytą drogą.

Przed mostem kaczki pływały podobnie jak chwilę po wjeździe na wyspę, być może było to to samo (choć wątpię) stadko, żaglówki, zdecydowanie mniejsze, ale za to bardziej kolorowe, halsowały w cichej zatoczce, jedynie most stał niezmieniony. Z krajobrazu zniknęły natomiast relikty kolejowego mostu. Nadchodził przypływ.

27.04.2020

Cudze chwalicie…

... i tak dalej, i tak dalej. Na początek informacja dla członków PTTK, z początkiem kwietnia zrezygnowałem z prowadzenia fili nr 1 CRW i w związku z tym wszelkie sprawy związane z weryfikacją wysokich stopni odznak kolarskich, kierujcie do Mirka ...

Koło wróciło na należne mu miejsce po dwóch dniach. Bo jak powszechnie wiadomo, jedno koło to stanowczo za mało do radosnego przemieszczania się za pomocą przyrządu opartego najczęściej na trójkątnej konstrukcji, z bardziej lub mniej skomplikowanego metalu, niemetalu, bambusa, karbonu ...

Pan Rower był chory i zawisł na ścianie, pytam Go czule - co Ci jest kochanie. - Oj, szprycha mi pękła na angielskiej ziemi. Wiem nie masz pieniędzy, chyba wyjedziemy? - Mój drogi Rowerku, może nam pomogą, pracować nie mam ...