24.06.2018

Rze(cz)ka Meon

Ileż to już razy jechałem wzdłuż rze(cz)ki Meon. Zawsze w jej dolnym biegu. No właśnie, dolny bieg? Ciężko nazwać co jest górnym, środkowym czy dolnym biegiem, gdy rze(cz)ka ma około 34 kilometrów długości. W średniowieczu u jej ujścia był nawet port. Obecnie cumuje tam kilkanaście żaglówek przez pół dnia pragnących dostępu do wody i jedynie przy przypływach ich brzuchy obmywa morska toń. Z przyzwyczajenia ruszyłem na wzniesienia broniące miasto – wyspę przed północnymi wiatrami. Tym razem, po raz pierwszy chyba napotkałem na dwie „jednostki pływające”, sunące środkiem nurtu oddzielającej miasto od stałego lądu odnogi zatok: Portsmouth i Langstone.

Zapanowała moda na pływanie na desce podobnej do surfingowej, napędzanej wiosłem. Często przy spokojnym morzu spotykam je płynące wzdłuż plaży, ale nigdy nie widziałem ich na rzekach. Na wzniesienie wskoczyłem dość szybko i po chwilce na parkingu, „rzucie okiem” na Portsmouth, zjechałem do Southwick i lasami, radośnie przebierałem odnóżami przez hopki oddzielające wieś od Denmead (też wieś). To stąd według mapy powinienem gdzieś skręcić na północ, w stronę East Meon.

Wąziutka droga prowadziła mnie początkowo wśród żywopłotów zasłaniających widok na okolicę, później przez lasy i pola, wśród farm i łąk.

Wspinała się coraz wyżej i wyżej, by w szczytowym swoim miejscu osiągnąć prawie 200 metrów nad poziom morza.

Wiem, że aparat tego nie odda, ale widoki jakie zobaczyłem były warte każdego wypoconego kilometra a drogi, którymi jechałem opanowali cykliści. Samochody pojawiały się na nich co kilkanaście minut mijając z ostrożnością rowerzystów.

Po pokonaniu ostatniej zmarszczki, w dolinie ukazały się zabudowania East Meon. Gdzieś obok mijanej z prędkością prawie sześćdziesięciu kilometrów na godzinę farmy, według mapy znajdowały się źródła rze(cz)ki.

Dolina, którą od teraz jechałem na zachód, otoczona była z obu stron pasmem wzniesień. Czy wysokich? No jak widzicie, wieża kościoła schowała się w dolinie. Meon od teraz meandrowała zbliżając się i oddalając od drogi. Czasami znudzona płynięciem lewą stroną, przepływała pod drogą na prawo, a gdy się znów znudziła, wracała na lewo wesoło szemrząc na kamieniach. Dopiero tuż przed West Meon, ktoś zlitował się i rzekę przemianował na strumień, informując o tym na drogowskazie prowadzącym do łowiska.

W West Meon zatrzymałem się na chwilę w cieniu daglezji rosnącej obok ewangelickiego kościoła. Od tej pory będę jechał na południe. Niestety spokojne wiejskie drogi musiałem zamienić na A32, na której królowały motocykle. I nie przeszkadzał mi ich hałas, szaleńcza czasami jazda, lecz smród spalin i przegrzanych sprzęgieł. Wierzcie mi, paliwożerny, wiekowy kabriolet Rolls Royce na wiejskiej drodze pachnie spalinami, nie śmierdzi!

W Wickham postanawiam szosę zamienić na „szlak zwiniętych torów”. Szlak rowerowo – pieszy według informacji prowadzi do następnej miejscowości (stacji). Owszem, ale nie.

Dawne torowisko początkowo prowadzi skarpą, później (jak to kolej) wąwozem. W miarę oddalania się od miejscowości zarasta do szerokości wąskiej ścieżki i po kilkuset metrach od wiaduktu kończy się… drucianą siatką.

Wracam do wiaduktu, wspinam się na skarpę, przeciskam przez dziurę w siatce, po to by dojść do farmy, na której dowiaduję się, że muszę wrócić do Wickham! Gdy zrzuciłem w domu mapę do komputera, okazało się, że do szosy miałem około stu metrów! No cóż, farmer był nieugięty. Wlazłem przecież na jego prywatny teren. Po drodze spotkałem przejście dla pieszych prowadzące do ścieżki przez winnicę. Ale znaczek ścieżki to nie znaczek szlaku rowerowego. Wracam.

Do Titchfield dojechałem znana mi doskonale drogą wzdłuż doliny rzeki Meon. Na dzień dzisiejszy limit zdjęć budowli sakralnych chyba wyczerpałem, tym bardziej, że pod dawnym klasztorem licznik wskazał cudowne 66,6 kilometra!

Dolina ustąpiła miejsca płaskiemu krajobrazowi towarzyszącemu mi aż do morza. Tu rze(cz)ka Meon płynąca przez rezerwat łączy się z Kanałem Angielskim. Słodka woda miesza się ze słoną co nie przeszkadza absolutnie kaczką, mewą i gołębiom. Wspomniane na wstępie łódki czekają na przypływ, a ja wzdłuż morza pedałuję w stronę domu.

 

Potrzebuję wyzwań, jakiś celów. Po tygodniu pracy czasem po prostu mi się nie chce wsiadać na rower. Na początku, gdy pracowałem w systemie dwunastogodzinnym, z dojazdem do pracy ok. 14 godzin, po czterech dniach pracy, miałem cztery dni wolnego. Teraz ...

Za moim współlokatorem (za mną zresztą też) od dawna "chodziły" placki ziemniaczane. W Polsce robiłem je dość często. Po prostu tarłem ziemniaki na placki w moim magicznym kombajnie. Wczoraj niestety musiałem utrzeć je ręcznie. Na szczęście nie musiałem ich obierać, ...

To chyba było w ubiegłym tygodniu gdy gorący lipiec na jeden czy może dwa dni popłakał troszkę krótkotrwałym deszczem przerywając ponad miesięczna suszę. Po nim nastąpił równie gorący sierpień. Dzień w dzień temperatura zbliża się do trzydziestki na skali termometrów, ...