26.03.2012

Opowieść o Bartku

Bartka poznałem w ubiegłym roku. To była wycieczka zorganizowana przez fundację Jaśka Meli. Miałem przyjemność poprowadzić parę trójkołowych rowerów. Nie wszystkie były napędzane siłą nóg, były też tzw. handbike. Później oglądałem reportaż z obozu w Beskidach. Nigdy nie pytałem się o przyczyny, które spowodowały, że ludzie zmuszeni byli przesiąść się na takie rowery. Późną jesienią zadzwonił do mnie Bartek: Piotr, czy możemy pojechać na wycieczkę?

Pisałem o niej jeszcze w starym blogu. Jego trójkołowiec stał u mnie w mieszkaniu przez całą zimę towarzysząc innym rowerkom. Wreszcie wczoraj ruszyliśmy ponownie razem na trasę. Słońce oświetlało nam ścieżki i dukty Łagiewnik. Staraliśmy się jechać tymi mniej uczęszczanymi szlakami: Kasztelańską do Skrzydlatej, Żuczą, Rogowską, Boruty. Właśnie na Boruty Bartek okazał na co go stać. Nie wszyscy zdrowi rowerzyści podjeżdżają pod górkę, w stronę lasu, jadąc od stawów na Bzurze.

Na chwilę zatrzymaliśmy się przy mogile żołnierzy z I Wojny Światowej. Nie, nie dlatego, że Bartek się zmęczył. Po prostu był w tym miejscu pierwszy raz. Metrowa szerokość jego roweru nie pozwoliła nam pojechać brzegiem lasu na wschód, tak więc cofnęliśmy się nieco w kierunku „kaloryfera” (dla mniej wtajemniczonych jest to potoczna nazwa parkingu na skraju lasu usytuowanego przy Wycieczkowej), by stamtąd ruszyć ponownie w las, na rowerowy szlak, który doprowadził nas do ulicy Okólnej, tuż przed dawną wsią Modrzew.

Jakie to szczęście, że kiedyś na swej rowerowej drodze poznałem Hieronima Andrzejewskiego, dyrektora naszego Parku Krajobrazowego Wzniesień Łódzkich. On to, prowadząc nasze rowerowe trasy na rajdach przyjaciół parku „sprzedał” mi wiele informacji o „naszym” lesie. Dzięki niemu (oraz pozostałym pracownikom parku) teraz ja mogę „odsprzedawać” swą wiedzę dalej i tak też czyniłem wczoraj i mam nadzieję, że Bartka nie zanudziłem.

Trójkołówka, jest na tyle niska, że zastanawiam się nad jakimiś elementami bezpieczeństwa tych rowerów. Siedzi się na niej blisko ziemi a głowie kierowcy jest zdecydowanie poniżej siodełka normalnego roweru. Mam wrażenie, że kierowcy nas nie widzą, choć gdy eskortuję Bartka na krótkim fragmencie Okólnej nie zdarzyło się, by ktoś na nas zatrąbił. Kierowcy ignorujący najczęściej ograniczenie prędkości na tym odcinku czekali za nami na dogodną chwilę by nas wyprzedzić i nie wpychali się na siłę, jak to czynią czasami widząc „normalne” rowery.

Do kapliczek usytuowanych przy ulicy Wycieczkowej dojeżdżamy wzdłuż sączącej się leniwie w swym korycie Łagiewniczanki. Jej południowy brzeg oświetlony słońcem jest naprawdę wysoki. Późną wiosną, latem czy jesienią rozwinięte liście maskują pagórki. Pod kapliczkami ruch. Masa rowerzystów, „kijkarzy”, pieszych. Wydaje się, że wszyscy, którzy wolą spędzić słoneczny weekend w lesie a nie w jakiejś galerii handlowej przyjechali bądź przyszli właśnie tu. Na tablicy są stare zdjęcia z tego miejsca. Pamiętamjak przez mgłę stare gospodarstwo i łan zboża w miejscu gdzie rośnie dziś czterdziestoletni las. Ruszamy w powrotną drogę przed nami Wycieczkowa. Ulica, którą teoretycznie powinny poruszać się rowery, taksówki, karetki i autobusy znów zapełniła się kierowcami – cwaniakami. Staż Miejska ponownie zaspała a przecież to miejsce to istny róg obfitości. Tu mandaty można by wystawiać co minutę! Skręcamy w las. Przed nami stawy w Arturówku. Przeciskamy się przez tłum.

Ponownie chwilę wytchnienia mamy dopiero na ul. Krasnoludków dojeżdżamy nią do Kasztelańskiej. Bartek jest wyraźnie zmęczony. W końcu przejechał 20 kilometrów. Jeszcze tylko park na Julianowie i już jesteśmy pod domem. Jego rower ponownie „parkuje” w pokoju. Mamy chwilę na rozmowę. Rozmowę o marzeniach. Bartek przed tym, gdy zachorował na raka był bardzo sprawnym człowiekiem Sześć lat trenował karate, wspinał się w górach, przygotowywał się do wyprawy na Lofoty. Ten mały, złośliwy cwaniak, który dla zmylenia przeciwnika chodzi tyłem zweryfikował jego plany. Jedna operacja, druga, trzecia. Na szczęście już po operacjach pomimo swojej obecnej niepełnosprawności udało mu się wrócić na studia. Skończył je. Jest prawnikiem. Jego jedynym środkiem komunikacji, który czyni go w miarę niezależnym jest ten właśnie rower. Ale marzenia zostały. Bartek dalej chciałby zobaczyć Lofoty. Bilety lotnicze obiecał mu przewoźnik. Ma opiekunkę, z którą może jechać. Pomyślmy wspólnie: jak możemy mu jeszcze pomóc. Jeżeli macie ochotę by spełnić jego marzenia skontaktujcie się z nim. Najlepiej za pomocą facebook-a. Bartek Michalak. Pozdrawiam!

13.09.2021

Meandry rzeki Meon

Do rzeki Meon, którą ja osobiście objechałem wielokrotnie,  zabraliśmy się od środkowego odcinka. Tym razem w  odstępie siedmiodniowym, "zaliczyliśmy" odcinek dolny i wreszcie w sobotę (11.9) górny. O środkowym pisałem już natomiast o pozostałych dwóch jeszcze nie. Już śpieszę nadrobić ...

Pogoda sprzyja odważnym, no bo jak inaczej nazwać fakt, że po starcie przez pierwsze pół godziny lało, by już na wyjeździe z Havant pojawiło się słońce. Ale od początku, wycieczka, przynajmniej dla mnie zaczęła się dzień wcześniej, w sobotę. Ja ...

Czwartek, 8:35 am. Ruszamy. Początkowe we dwóch. Kierunek? The Hard. Tam umówiliśmy się z Kacprem. Kacper przypływa do Old Portsmouth promem z Gosport. We trzech ruszamy ulicami miasta w stronę zatoki Solent. Szczerze mówiąc liczyłem, że w porcie, z którego ...