11.05.2012

Łódź – Bergamo, maj 2012. Część II Czechy

Poranek przywitał mnie niebem pozbawionym chmur i lekkim,  wiejącym niestety z południa wiatrem. Ktoś kto przejeżdża przez Kietrz samochodem może nie zauważyć zaniedbanych, obłażących z farby szarych, zszarzałych niekiedy walących się kamieniczek. Podobnie jest z drogami. Trzeba uważnie patrzeć pod koła by nie sponiewierać ich na byle jak połatanych dziurach. Chodniki pokryte grubą warstwą ziemi, piachu i  brudu, błyszczącymi się odłamkami szkła z butelek  miotła nie tknęła chyba od jesieni.

Do niedawna nad miastem stał wspomniany już, straszący szkielet byłej fabryki dywanów. Skręcam w kierunku Pilszcza. Na pagórkach równe zagony pól. Kwitnący żółcią rzepak, sztruksowe ślady obredlonych ziemniaków. Chyba większość ziemi obsługują maszyny tutejszego kombinatu rolnego powstałego na gruzach dawnego PGR-u. Kilka równie jak Kietrz smutnych wsi dalej dojeżdżam do Pilszcza. Tu też sytuacja nie przedstawia się różowo. Ostatni sklep przed granicą. Wyciągam z lodówki ciepłą colę. Podobnie było w ubiegłym roku. Lodówka służy w nim jako dodatkowa lada do przechowywania piwa i napojów. Kto z Was lubi nagrzaną colę?

Kilkaset metrów za wsią przy nie najlepszej drodze stoi znak: na niebieskim kwadracie okrąg utworzony z żółtych gwiazdek a w nim napis „Czeska Republika”.  Droga do pierwszych zabudowań Opava (pozwolicie, że nie będę odmieniał nazw miast) najlepsza nie jest. Przejeżdża tędy kilkadziesiąt samochodów osobowych dziennie, kilkaset rowerów. Ot typowe przejście małego ruchu granicznego pozbawione jakiejkolwiek (chyba) kontroli.  Ulica Piekarska prowadzi do centrum. Wszędzie czysto i schludnie. Przecież Czesi, z których tak często niektórzy się naśmiewają to też Słowianie. Czyżby krótsza smycz komunizmu niż u nas sprawiła, że to naród dbający bardziej o to co należy do wszystkich? Czy wszystkich to znaczy nasze czy jak u nas niczyje? Dlaczego nie trzeba tu wybić szyby na przystanku, kopnąć kosza ze śmieciami, namalować sprajem na świeżo wymalowanej ścianie? Cisną się pytania: dlaczego, dlaczego, dlaczego? Czechy z roku na rok po cichu bez szczególnego rozgłosu uciekają nam, stają się krajem coraz droższym, coraz mniej dostępnym więc niech politycy polscy nie gadają o naszym cudzie, i o tym, że jesteśmy pępkiem Europy, jej pieszczochem bo to śmieszne.

Za 200 złotych w kantorze odbieram 1157 koron i pierwsze kroki kieruję do księgarni. Całe Czechy w dobrej (1:300 000) skali. 175 koron zmienia właściciela. Jadę na południowy zachód. Na rondzie tuż na obrzeżach miasta kieruję się na Brutnal. Wiem, że mam cały czas podjazd. Jechałem w ubiegłym roku tą drogą do Opava. Wiatr zaczyna się wzmagać. Teoretycznie jest boczny ale z lekką przewagą na policzek a nie na tył głowy. Wysokościomierz powoli lecz systematycznie pnie się w górę. W końcu gdzieś między drzewami przed oczami mam ośnieżony masyw Pradziada (z masztem telewizyjnym) i lekko bardziej  na południe następnej, nieco niższej góry. Z tego co pamiętam altimetr zatrzymał się gdzieś powyżej 600 metrów nad poziomem morza. W Brutnal zatrzymuję się na chwilę w parku. W cieniu drzewa (w słońcu temperatura przekraczała 33 stopnie) jedząc lody zaczynam dokładnie przyglądać się mapie. Jadąc dalej na zachód natrafiam na przełęcze sięgające tysiąca metrów. Czy na trzeci dzień jazdy bez specjalnych przygotowań to nie za wiele? A bardziej na południe?

Cholera, dlaczego nie rozłożyłem w Opava całej mapy? Do Stemberk prowadziła droga z tego miasta. Ja pojechałem krótszym bokiem trójkąta i teraz drugim, też krótszym muszę zjechać w dół. Dwa krótsze o ile pamiętam z geometrii są i tak dłuższe od tego długiego, przeciw prostokątnego? Jak go zwał, tak zwał. Jestem w plecy około 10 kilometrów i tym razem jadę na południe w mocnym „w mordę windzie”. Rzadko kiedy prędkość przekraczała 20 km/h. Coraz częściej odliczałem na mapie mijane miejscowości. Dobrym punktem odniesienia była też kolej jadąca gdzieś z miejscowości A do B wijąca się między licznymi pagórkami i wielokrotnie przecinająca szosę. Wreszcie dojechałem do skrzyżowania z tą drogą, którą mogłem jechać z Opava.

Po paru kilometrach na skraju wzgórza stały wiatraki. Obok, na stacji benzynowej uzupełniłem napoje. Gdy chciwie połykałem kolejne łyki lekko gazowanej wody o jabłkowym smaku ich śmigła monotonnie mieliły powietrze: bul, bul, bul… . Las. Tuż na jego skraju znak drogowy: zakręty i 9% w dół i 5 km. To był piękny zjazd zakończony urokliwym wjazdem do Stemberk. Klucząc urokliwymi uliczkami starego miasta dotarłem do wąwozu, którego dnem płynęła niewielka rzeka. Według zapewnień pytanych po drodze ludzi tam, tuż za miastem był camping. I był, tyle, że otwarty dopiero od 15 maja! Wypijam w barze szklaneczkę pysznego piwa. Właściciel terenu, barman i cieć w jednej osobie poleca mi pensjonat Wieśka. Wracam do centrum. Ktoś podprowadza mnie na rowerze pod hotelik. Na liczniku tylko 106 kilometrów. Po długim prysznicu schodzę do baru uzupełnić płyny w organizmie jeszcze jedną szklanką złocistego płynu.

 

Zjadam ostatnie polskie zapasy, wypijam tradycyjną kawę i punkt siódma robię pamiątkowe zdjęcie pod zajazdem. Tuż obok niego mam wyjazd z miasta. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów mam prawie po płaskim terenie. Wykorzystuję ranek, gdy wiatr się jeszcze na dobre nie obudził do przejechania jak największej części dystansu. Jadę 33-35 km/h. Gdzieś na północnym wschodzie widzę śniegowe czapy na widzianych wczoraj przed Brutnal górach. Zatrzymuję się dosłownie na chwilkę przy pomniku przyrody, wiekowej lipie, która według informacji zawartej na tabliczce ma 20 metrów obwodu! W Unicov mrozi mnie znak drogowy zakazujący jazdy samochodom drogą do Mochelnice i jednocześnie wyznaczający objazd – 50 kilometrów. Kilka samochodów lekceważy znak. Ja też. To w Usov przeprowadzane są prace związane z budową nowej kanalizacji i w tygodniu jechać się tędy nie da. Ale w sobotę i niedzielę prace ustają. Nad miastem góruje zamek (obecnie muzeum myślistwa i łowiectwa). Jego jasna bryła jeszcze długo była widoczna nawet na rogatkach Mochelnice a przecież to kilkanaście kilometrów.

Stacja benzynowa. Kawa, rogalik. Według mapy jadę teraz drogą do Hradec Kralove. Wiatr się wzmaga. Podjazd. Po czwartym kilometrze na drodze pojawia się czarna dziura. Z obawą szukam znaku zakazującego jazdy rowerem. Nie ma! Tunel ma długość prawie kilometra. Tuż za nim zaczyna się zjazd. Początkowo przed wiatrem chroni mnie ściana lasu. Później muszę trzymać mocno kierownicę. W Moravska Trebova zjeżdżam z obwodnicy. Rynek w sobotę jest pusty. Spłukuję sól z ciała w fontannie tryskającej na cztery strony świata. Kilka ulic dalej chłodzę się na zamkowych krużgankach. Żar leje się z nieba i nawet ten cholerny wiatr bardziej przypomina powiew suszarki do włosów niż rześki zefirek. Czas na posiłek. Siadam w cieniu Lidla i na siłę wpycham w siebie ser i rogaliki. W normalnych warunkach poprzestałbym na jakimś owocu i soku.

Kilkanaście kilometrów dalej zjeżdżam z drogi do Hradca. Co prawda droga prowadzi w dół do miejscowości Svitavy i teoretycznie mógłbym przestać pedałować lecz nie. W tych warunkach się nie da. Wiatr nasila się coraz bardziej. Jego każdy podmuch podnosi z pól luźną wysuszoną warstwę gleby i niesie przed siebie żółtawy tuman. Zatrzymuję się w parku tuż obok pomnika poświęconego Oskarowi Schindlerowi. Tu urodził się bohater, którego znamy z filmu Spielberga. Pół godziny odpoczynku.

W kierunku Policka droga początkowo prowadzi bardzo ostro w górę. Jak ostro? Znak pokazuje na 12%. W połowie tego podjazdu linia kolejowa przecina asfalt. Przestrzeń wokół toru oczywiście wyłożona czarną, twardą gumą ale samej szyny wolę nie ryzykować. Gdy usiadłem na siodełko zawiało.  Znalazłem się na poboczu jakiś metr od toru jazdy. To był chyba mój najgorszy podjazd w życiu. Wiem, że większość wspinaczki byłem pochylony jak windsurfer. Szkoda tylko, że wiatr zamiast mnie pchać do przodu ciągnął mnie w dół. Wypiłem tego dnia cysternę wody. Czarne bzy, cytryny, jabłka. Mieszały mi się wszystkie smaki dolewane do bidonów z półtora czy dwulitrowych butelek. Skapitulowałem w Hlinsko na 126 kilometrze. W pierwszym napotkanym zajeździe, który nazywał się chyba „Złota Studnia”. Z wegetariańskich potraw mieli smażony panierowany ser. Z frytkami i wspaniałą surówką z kapusty mocno doprawioną chrzanem stanowiło to doskonałe podsumowanie ciężkiego dnia. do 7 czy też 8 litrów płynów dorzuciłem jeszcze litr tego złocistego o lekko goryczkowym smaku.

 

Gdy zaświtało zacząłem obserwować gałęzie na wietrze. Były nieruchome. Szybkie śniadanie i równie szybki start. Zjazd do centrum (chłodno) i szybka wspinaczka na rozgrzewkę. Mijam kilka wyciągów narciarskich i granicę między krajami: Pardubickim i Wysocina. Jeżeli w Pardubickim było tak stromo to co będzie tutaj? Tu było kilka 9% podjazdów i  zjazdów. Wiatr się uspokoił ale żar płynący z nieba nie ustępował. Była następna droga z zakazem ruchu (tu budowali nowy mostek ale ja rowerem się zmieściłem) właściwie na 20 kilometrach przeznaczona dla mnie i kilku ciężarówek z placu budowy. Były miasta, miasteczka, miejscowości. W Humpolec przeciąłem autostradę do Pragi i świeżutko wyremontowaną drogą (zdążyli spakować sygnalizator na mijance) dojechałem do Pelhrimov. Główna droga prowadziła do Tabor. Ja chciałem pojechać nieco bardziej na południe do Sobeslav. Zastanawiałem się jak mogą wyglądać drogi nie posiadające oficjalnej numeracji. Kilka kilometrów za miastem znalazłem drogowskaz na Nova Cerekev.

Wąskie, równe asfalty, drogi wysadzane na zmianę albo brzozami albo jabłoniami. Senne wsie i tylko górki podobne jak te na głównych drogach choć może trochę bardziej strome, ale i krótsze. Co jakiś czas przejeżdżał samochód, najczęściej osobowy. Mniej było tu motocykli choć pierwszego dnia gdy wjechałem do tego kraju miałem wrażenie, że Czesi realizują hasło „Cały kraj wsiada na motory”. Jedyną większą miejscowością na trasie były Cernowce, choć nazwa większa oznacza w tym przypadku dwa, trzy skrzyżowania więcej. Gdzieś w połowie drogi między Sobeslav a Tyn nad Vitavou na horyzoncie zamajaczyły cztery grube chłodnie kominowe. Spoglądam na mapę – elektrownia jądrowa Temelin. Dziś mam dość jazdy w Tyn.Na zjeździe do miasta tuż przed rondem spojrzałem w lewo „Pizzeria – Penzion” – macie wolne pokoje?

Po kąpieli zszedłem do ogródka na margheritę. Dziwna to była pizza. Według wszelkich przepisów jakie znam matka wszystkich pizz składa się z oliwy pomidorów i mozzarelli tu natomiast na cieście, które lekko przypominało w smaku omlet oprócz podstawowych składników miałem jeszcze i oliwki i kukurydzę. No cóż, co kraj to obyczaj, o piwie wspomniałem? Ale tylko jedno! Jeszcze jedno wiozłem w sakwie.

 

Jeszcze dobrze nie zasnąłem gdy nad miastem rozpętała się ulewa. Jak długo padało? Tego nie wiem, może nawet grzmiało. Faktem jest, że rano wszystkie kotlinki zapełniła gęsta jak mleko mgła a ja na asfalcie mijałem resztki kałuż. Szlag trafił sigmę. 800-ka po raz kolejny zobaczyła kropelkę wody i odmówiła współpracy. Mijałem powoli 155 metrowe kominy temelińskiej elektrowni. Dwa zespoły produkują tu 1800 megawatów mocy. Za miasteczkiem Vodnany, a może trochę dalej zaczął się jeden z pierwszych większych podjazdów. Co chwila pojawiał się drugi pas dla samochodów jadących pod górę. Na szczycie przełęczy mój wysokościomierz pokazywał 908 metrów. Później było kilka hopek i zjazd do Vimperk. To miasto położone w kotlince między wzgórzami jest ostatnim przed granicą z Niemcami. W supermarkecie wydaję ostatnie korony, jem małe „co nie co” i ruszam w kierunku granicy.

Początkowo myślałem, że to tylko dwadzieścia parę kilometrów ale teren zaczął się nieznacznie początkowo podnosić. 700, 800, 900 metrów i to nie koniec. Droga cały czas kręciła się zakrętami wokół góry. Wreszcie dotarłem do samego szczytu przełęczy na wysokość 1005 metrów. Tu rozłożyła się wioska Kubova Hut. Gdzieś obok niej jest też najwyżej położona w Czechach linia kolejowa. Kilka fotek później rozpocząłem długi zjazd do granicy. Na ostatniej położonej po czeskiej stronie stacji benzynowej wypiłem pożegnalne espresso i mijając dawne budynki przejścia granicznego znalazłem się w Niemczech.

Jeżeli kiedykolwiek zajrzycie na rowerach do Portsmouth i spotka Was, umiłowani w Rowerach nieprzyjemna awaria - z całą pewnością mogę polecić sklep i naprawę rowerów Bike U Like w Southsea na Albert Road. Traficie tu na profesjonalną obsługę zarówno w ...

Na pytanie, czy można dobrze i zdrowo zjeść w Anglii, dziś, po ponad miesięcznym pobycie odpowiem, że tak. Tylko trzeba odpowiednich miejsc poszukać, a to wiąże się długotrwałym dreptaniem ulicami, zaułkami i trzeba to robić "z buta". Zaraz Wam, umiłowani ...

Przez Waltham przejeżdżałem dwa tygodnie temu, jadąc do Stonehange. Zastanawiałem się wtedy czy nie zatrzymać się, lecz ostatecznie postanowiłem ruiny pałacu biskupów pozostawić na osobną wycieczkę. Jak potężne znaczenie mieli tutejsi średniowieczni biskupi? Dość powiedzieć, że pełna nazwa miejscowości to: ...