02.06.2018

Koniec Świata

Stało się! Po raz kolejny trafiłem na Koniec Świata! Byłem na północnym krańcu Europy, Polski, otarłem się o zachodni i południowy brzeg starego kontynentu, ale Koniec Świata? No, byłem w położonym gdzieś niedaleko zbiornika w Jeziorsku, Końcu Świata, byłem w Piekle, byłem w Niebie, odwiedziłem Laski Trzy, wschodni kraniec Europy jeszcze jest przede mną (choć tak właściwie jest kilka określeń, gdzie przebiega granica Europy i Azji), ale o tym, że ponownie trafię na Koniec Świata i to w odległości może dwudziestu paru kilometrów od mojego, obecnego miejsca zamieszkania? No tego się nie spodziewałem!

Po tygodniowej przerwie w jeździe spowodowanej: wrodzonym lenistwem*, serwisowaniem roweru*, sprawami zawodowymi* (* – niepotrzebne skreślić) ruszyłem świeżą nogą, prosto na wzniesienie tuż za północną granicą miasta. Planowałem zagłębić się troszeczkę w lasy okalające Portsmouth od północy. Szybki zjazd do Southwick i kolejny dylemat: po rondzie można jeździć w nieskończoność, ale gdzie zjechać? Pierwszy zjazd (nie zapominajcie, nie zjeżdżam na rondzie w prawo, lecz w lewo) doprowadzi mnie wąziutką drogą na zmarszczkę, na której trzeba mocno spinać pośladki, drugi – to prosta droga do Wickham, trzeci prowadzi do centrum wsi a czwartym wracam na Portsdown Hill.

Wybieram trzeci zjazd i tym razem nie zatrzymując się w malowniczej osadzie, w której wiele domostw, dla podkreślenia charakteru ma dachy kryte trzcinową strzechą, jadę przez wiekowy, liściasty las do Denmead. Do tego miejsca znałem drogę. Na podwójnym rondzie przypominającym nieco znak nieskończoności, droga w prawo prowadzi w stronę Waterlooville, w lewo do Wickham, a ja, postanawiam objechać wieś i pojechać prosto. Tym razem, szczerze mówiąc, nie było na czym zawiesić oka. Ot, typowe podmiejskie osiedle, z którego o poranku korkują się wyjazdy w stronę położonych nieopodal miast, a popołudniami, strumienie aut wracają do „sypialni”.

Wracam do „nieskończoności”. Jednak wzrok mnie nie mylił! Na niewielkim, staromodnym drogowskazie, pod „wytłuszczonym” Wickham, wyraźnie stoi: World’s End, Koniec Świata! I to gdzie? Nie dalej niż cztery kilometry! Koniec świata! Pedałuję raźno po niewielkich zmarszczkach by w końcu wyhamować przed złowieszczo brzmiącą tablicą. Lecz zaraz, gdzie właściwie leży ten Koniec Świata? Czy te kilka farm widocznych z drogi i dwa zajazdy umieszczone tuż przy niej, do tego rozciągnięte na przestrzeni około kilometra to wszystko? Jestem troszeczkę zawiedziony. No, gdyby nagle skończył się asfalt lub gdyby drogę zagrodziła brama z wjazdem do… przykładowo: elektrowni atomowej, składowiska odpadów (toksycznych), albo najbardziej malowniczy scenariusz: tuż za zakrętem droga skończyła by się wysokim klifem, no dobrze, nie musi być wysoki, zwykłym zjazdem do morza. Takim jaki zaskoczył niedawno pewną właścicielkę auta, która zaparkowała podczas przypływu na końcu ulicy w Bosham. A na jezdni wyraźnie była podwójna, żółta linia. A tu nic!

Chyba już opuściłem Koniec Świata. Nie wiem, nie zauważyłem tablicy końca miejscowości, ale za to pięknym zjazdem dojechałem na skraj lasu. Kilka kilometrów jazdy zacienionymi drogami doprowadziło mnie na skraj Wickham.

Kilkanaście minut przerwy na wchłonięcie w miejscowym pubie małego, złocistego, nie bombardowanego dwutlenkiem węgla płynu i czas w drogę. Tym razem bez zaskoczenia, bez końca świata, bez rozpadającej się osłony hamulca, przez lasy, przez pola, wzdłuż rzecznej doliny, doganiając dwa „elektryki”, dotarłem do Titchfield. Chwila wytchnienia (i paczka ciasteczek) w cieniu ruin opactwa i czas na drogę w kierunku morza. Meandrująca rzeka Meon i otaczające ją bagna tworzą rezerwat, miejsce lęgowe wielu gatunków ptaków. I „Titchfield Haven National Nature Reserve” to prawdziwy koniec świata.

Zatrzymałem się przy starej śluzie na dawno zapomnianym kanale i wsłuchiwałem się w śpiew wielu gatunków ptaków zamieszkujących tutejsze bagna. Miłośnicy natury mogą przejść tutaj jedynie kilkoma wyżej położonymi ścieżkami. Droga, na której dwa samochody mieszczą się z trudem lub wcale, skutecznie zniechęca kierowców i królują na niej rowery. I pomyśleć tylko, że nieopodal stąd jest parking i dość zatłoczona plaża!

Wzdłuż morskiego brzegu jadę przez nastawione na turystów miejscowości, mijam muzeum poduszkowców, nieco dalej muzeum nurkowania i już w samym Gosport muzeum łodzi podwodnych. Promem przepływam na drugą stronę, do Portsmouth. Zdążyliśmy przepłynąć przed jednym z promów, które pływają stąd do Francji i Hiszpanii i po paru minutach pedałowałem już ulicami „mojego” miasta.

Miasta jak na niedzielę wyjątkowo spokojnego, zmęczonego upałem i nocnymi imprezami. Nikt nie musi się ograniczać. Pozostał jeszcze (nie dla mnie) wolny poniedziałek. Mój zaprzyjaźniony warsztat rowerowy jest jeszcze czynny. Prowadząca go Ingrid, powiedziała mi że Obok jednego z pubów jest ulica, którą można pojechać do „centrum” Końca Świata. Środek Końca? Muszę tam pojechać jeszcze raz!

Koniec Świata jest centymetr na lewo od pętelki na zdjęciu 🙂

 

I znów ciężko było przenieść nogę, przez ramę. No, bo jak chcesz osiągnąć jakiś cel, pracujesz początkowo na dwa etaty. Powoli "rozkręca się" moja firma, której poświęcam czas popołudniami, po pracy i w weekendy. Czasem, w niedzielę, gdy nie mam ...

10.10.2018

Kolarskie spodenki

Kolarskie spodenki mają prawdopodobnie równą ilość zwolenników jak i przeciwników. Kiedyś, jeden z "kucharzących" po świecie dziennikarzy powiedział, że w obcisłym to on się nie widzi, bo wygląda "pedalsko". czy jakoś tak to określił, nie wiem, nie oglądałem jego programów ...

Powiało chłodem. Po sobotnich opadach, niedziela przywitała południową Anglię bezchmurnym niebem i pięcioma stopniami ciepła. Temperatura w ciągu dnia podpełzła do piętnastej kreski, by już około czwartej po południu zmusić mnie, po powrocie do domu, do założenia po raz pierwszy ...