14.11.2011

Słoneczny listopad

Dawno już listopad nie był dla rowerzystów tak łaskawy. W sobotę, pierwszą w tym miesiącu pojechaliśmy na rajd przyjaciół. Przyjaciół parku oczywiście. Kalinka, moja kochana oczywiście i Marianka jej mama. By też Marek. Kalinkowy tata. W Tadzinie byliśmy jednymi z pierwszych. Zresztą ludzie olewają punktualność. Niektórzy przyjeżdżali jeszcze dwadzieścia minut po planowanym starcie. Nie lubię czegoś takiego. Wreszcie ruszyliśmy. Ja tradycyjnie, rowerowo, Marianka z kijami i Kalinka z Markiem – pieszo. Hieronim zatrzymał się na skraju lasu tuż przed Pieńkami Henrykowskimi. Cholera, jak ja mało wiem o parku. Nigdy nie zwracałem uwagi na kapliczkę. Zawsze jechałem od strony Syberii i tu patrzyłem jak bezboleśnie pokonać styk asfaltu z drogą gruntową. Gdzieś kątem oka rejestrowałem istnienie kapliczki ale nie patrzyłem na spróchniałe drzewo, na którym wisi. W licznych dziuplach mieszkają podobno nietoperze. Do śródleśnego jeziorka, które jest projektowanym rezerwatem jedziemy zarośniętą drogą wśród starych, pozbawionych liści drzew. Nad nami ptaki rozmawiały o swych problemach. Gdy byłem tu dwa lata temu woda była ledwie widoczna. Można było chodzić po puszystym dywanie mchów wyrosłych na potężnych pokładach torfu. Poszukiwaliśmy rosiczki. Teraz lustro wody dochodziło do skraju drzew. Jedziemy dalej. Na skraj lasu. Jechałem zawsze na wprost, jechałem w prawo, ale nigdy w lewo. Na skraju pól, pod lasem stoi stary młyn. Czasami jego żarna jeszcze się obracają. Piękną, osłoniętą drzewami drogą wjeżdżamy do wsi. Myślałem, że to jeszcze Poćwiardówka. Nie. Jesteśmy w Dąbrówce Małej. Stąd do Tadzina mamy dosłownie dziesięć minut drogi. Ta droga prowadzi wysokim wzniesieniem. Stajemy na fotograficzną sesję. Przed nami widok na dolinę, której dnem prowadzi droga do Brzezin. Na piknikowym miejscu nad ogniem uczestnicy rajdu piekli kiełbaski, a po posiłku startowali w licznych konkursach. My tymczasem ruszyliśmy w drogę powrotną do miasta. Tego samego dnia jechaliśmy do Kietrza.

***

Pisałem kiedyś o rowerzystach samobójcach, pisałem, że sam niedawno wracałem eskortowany przez Jadzię, gdyż zapomniałem oświetlenia. Ale to, co widzieliśmy w drodze do i z Kietrza jeżyło mi resztkę włosów na głowie. Idiotyzm rowerzystów wiejskich nie mieści się w głowie. Grupy ubranych na ciemno i nie oświetlonych niczym rowerzystów jechały po zmroku od wsi do wsi. I nie dziwię się wcale, że tylu nas ginie na drogach. Wyobraźmy sobie spotkanie dwudziestoletniego (przykładowo) golfa z kilkoma osobami na pokładzie grzejącego ile się da boczną drogą z jednej remizy(wszak sobota) na drugą. Wyobraźmy sobie na tej samej drodze nieoświetlony rower. Oczywiście jest już po zmroku. Efekt znacie z policyjnych statystyk. Nie lepiej było w niedzielę w okolicach Raciborza czy Gliwic. I tu mijaliśmy bikerów ubranych w czarne, obcisłe… Ja wiem oni jeszcze widzieli drogę, ale ja ich słabo. Różnica szybkości sprawia, że czasem w ostatnim momencie dostrzegałem mini-peletoniki. Dlatego też ostatnio jeżdżę we wściekło pomarańczowej kurtce kolarskiej. Przynajmniej widać mnie z daleka.

***

W Warszawce świąteczna zadyma. W słońcu pomykam na szosówce. Frezowany Zgierz, Biała. Na drodze do Piątku nie ma ciężarówek. Zakaz. Ale widocznie nie obowiązuje na autostradzie. Tir, za tirem, tir, za tirem. Gdzieś muszą jechać. Skręcam w siedemset ósemkę. Pusta. Gdy jechałem tamtędy jakieś dwa miesiące temu wiele odcinków było jeszcze w proszku. Teraz pozostały jeszcze dwa. Przed samym Strykowem. W Strykowie skręcam do Łodzi. Górki na wzniesieniach troszkę mnie duszą. Serce zdrowe, nerki też. Krew dobra, więc co? Płuca mi wysiadają? Nie palę już siedemnaście lat.

***

Sobota. Wzniesienia. Przy temperaturze bliskiej zera (w nocy). Liście drżąc z zimna spadają z drzew. Jadę tą samą trasą co dwa tygodnie temu. Zatrzymuję się w tych samych miejscach. Robię zdjęcia. Gałązka z żółtymi liśćmi przeszła metamorfozę. Jesienny reumatyzm skręcił liście, zasuszył jak starców. Ich skóra zbrązowiała. Łagiewniki zmieniły kolor. Były żółto-czerwone. Są miedziano-brązowe. Szelest liści pod kołami. W Dobieszkowie kolejne wycinki. Martwe sosny leżą w stosach na brzegu drogi. Wzniesienia między Głogowcem, Jaroszkami i Buczkiem też zmieniły kolor. Skiby oranej ziemi wyschły, zmieniły kolor na szary. Wracam przez Brzeziny. Na niedzielę zapowiadają chmury.

***

I tak też jest. Szosówka. Spotykam Krysię, Jadzię, Jacka. Znakują drzewa. Jacek zadaje proste pytanie. Dlaczego odszedłem? I co mam mu tłumaczyć, że to co robiłem, robiłem sercem? Sercem a nie regulaminami. Regulaminy zabijają serce i jeżeli będę coś robił dalej to jedynym regulaminem będzie… brak jakiegokolwiek regulaminu. Jadę. Szare, szarawe wzniesienia. Skrzyżowanie autostrad, „dwójka”. To tu jeszcze latem pracowali Chińczycy. 708 tu też w remoncie. Najczęściej jadę przez Lipkę i wyjeżdżam na „gotowe”, ale tu między Strykowem a Niesułkowem prace jeszcze trwają. Zaczyna padać. Nie, nie zwykły deszcz tylko prawie niewidzialna mżawka. Opony robią się mokre i śpiewają troszkę inaczej. Z kasku spadają kropelki wody i rozbijają się o kierownicę. Już w Łodzi na termometrze nad jednym ze sklepów wyświetlacz pokazywał 1,4 stopnia. Na plusie. Idzie zima?
piko (11:43) Ciemno, jeszcze nie zapalono światła…

13.09.2021

Meandry rzeki Meon

Do rzeki Meon, którą ja osobiście objechałem wielokrotnie,  zabraliśmy się od środkowego odcinka. Tym razem w  odstępie siedmiodniowym, "zaliczyliśmy" odcinek dolny i wreszcie w sobotę (11.9) górny. O środkowym pisałem już natomiast o pozostałych dwóch jeszcze nie. Już śpieszę nadrobić ...

Pogoda sprzyja odważnym, no bo jak inaczej nazwać fakt, że po starcie przez pierwsze pół godziny lało, by już na wyjeździe z Havant pojawiło się słońce. Ale od początku, wycieczka, przynajmniej dla mnie zaczęła się dzień wcześniej, w sobotę. Ja ...

Czwartek, 8:35 am. Ruszamy. Początkowe we dwóch. Kierunek? The Hard. Tam umówiliśmy się z Kacprem. Kacper przypływa do Old Portsmouth promem z Gosport. We trzech ruszamy ulicami miasta w stronę zatoki Solent. Szczerze mówiąc liczyłem, że w porcie, z którego ...